Odpływają kawiarenki

0
237

W ogólnokrajowych publicystycznych programach telewizyjnych lub radiowych audycjach, publikacjach, komentarzach i dyskusjach, w których biorą udział rozmaitej maści oponenci obecnej władzy daje się zobaczyć pewien niedowład. Deficyt. Kłopot.
Także w wypowiedziach zamieszczanych przez lokalnych, terenowych, prowincjonalnych publicystów oraz komentarzach publiczności oglądającej, słuchającej czy czytającej ich wytwory.

Objawia się on tym oto, że uczestnicy publicznych debat średnio reagują na pojawiające się w nich zobiektywizowane informacje. Usiłują je zbagatelizować, przemilczeć. Ewentualnie próbują z nimi walczyć, a wówczas mówią o wyrwaniu z kontekstu, narzekają na manipulacje albo wprowadzanie widzów w błąd i tak dalej et ceatera. Czyli odrzucają to, co uznane.
Zapierają się, nie przyjmują do wiadomości, forsują obowiązujący we własnym środowisku politycznym inny całkiem pogląd.
Niejednokrotnie przez to robiąc z siebie błazna, lecz pan każe, sługa musi – skoro jest się w totalnej opozycji – trzeba!

Ustalone, potwierdzone, oczywiste ponad wszelką wątpliwość informacje nie są przyjmowane do wiadomości, jakoś włączone w intelektualny obrót. Nawet nie podejmuje się z nimi polemiki, lecz uznaje za niebyłe.
Irytujące jest, gdy obserwuje się takie wypierające zachowania w telewizorze lub zauważa w radiowych programach, w publicznie podejmowanym dyskursie. Ciśnie się na usta okrzyk i pytanie do głowy, dlaczego ten prowadzący, ten organizator, ten spiker nie widzi takiego ignorowania, przemilczenia, udawania, że coś nie istnieje lub istnieje zupełnie inaczej? Dlaczego nie reaguje? Chciałoby się złapać telefon i zadzwonić, wysmażyć twitta, napisać feleton, żeby sprostować, napomnieć, wykazać.
To ma pewnie silny związek z informacyjnymi bańkami, o których wspominano w ostatniej Kawiarence. Posługiwanie się wyselekcjonowanymi informacjami dogodnymi dla zachowania przyjętego światopoglądu przy równoczesnym wyparciu innych – tych niedogodnych i frustrujących prowadzi do stanu takiego niedowładu niezawodnie. To dlatego, że ludzie nie słuchają się wzajemnie i w dyskusjach nie o ustalenie prawdy zwykle im idzie, lecz zatratowanie przeciwnika (wroga).
Trudno w ogóle za dyskusję uznać spotkanie, którego uczestnicy posługują się nieuzgodnionymi pojęciami, nie mają ustalonego celu albo stawiają sobie przeciwstawne cele, a temat co rusz jest zmieniany albo fałszowany z powodu nieczystych intencji wnoszonych do studia czy na forum.

Mała Moskwa – historia, którą należy zapomnieć czy element tożsamości miasta? oto sformułowanie tematu najbliższej legnickiej  Kawiarenki Obywatelskiej, który zagadnienie egzemplifikuje wyraziście.
Postawienie sprawy w sposób, jaki proponuje autor tego tekstu (organizatorzy
Kawiarenki?), w ogóle nie przejmuje się czymś takim jak prawda o Legnicy i stacjonowaniu w mieście szefostwa wojsk AR (na piłatystyczne rozterki Cóż to jest prawda? nie ma tu raczej miejsca).

Anonsujący w zacytowany powyżej sposób zawiadomienie o Małej Moskwie jako temacie najbliższego spotkania w Kawiarence formułuje to w sposób rozwodniony, mętny a przez to tworzy fałszywą alternatywę. Wzbudza także zdziwienie.
Potwierdza przy tym moje silne podejrzenie, że
Mała Moskwa to tylko brand. Nie żadna tam wstydliwa historia, lecz brand. Coś do sprzedania. Brand – najpierw ideowy, potem rynkowy. Kiedy bowiem czytamy w zajawce spotkania rozmowa o Małej Moskwie i jej potencjale społecznym, a przede wszystkim turystycznym, może przynieść wiele korzyści – nie można podejrzenia nie uznać za trafne i uzasadnione.
Do rzeczy.
Użyte tu słowo
historia intryguje wieloznacznością. Jako nazwa dyscypliny naukowej, która weryfikuje lub falsyfikuje stanowiska, historia – zapominana być nie może. Ktokolwiek byłby głosił zapominanie faktów, wyjdzie na człowieka niespełna rozumu. Chyba, że zapominanie miałoby dotyczyć kłamstw, fejków i banialuk, jakich niemało wokół. Oj, ile ich!
Z drugiej strony
historia znaczy tyle co opowieść. Jak w ostatnim czasie jest w modzie – opowieść prostego człowieka, który przeżył na obrzeżach wielkiej historii jako jej świadek, ofiara, uczestnik z drugiego szeregu, nie zaś wódz, mąż stanu czy twórca albo współtwórca jej wielkich scen.
Tak rozumiana
historia – jako świadectwo, które może być włączone w obręb historii-nauki także zapomniane być nie powinno i zwykle, w imię prawdziwości nauki o przeszłości – nie dopuszcza się do tego.
W jaki więc sposób można zapominać
historię, co podrzuca zapowiedź Kawiarenki
(na dodatek mamy tu zastosowany pozornie kwestionowany modus konieczności –
należy zapomnieć?).
To aluzja. I zakamuflowany chichot.
Istniały bowiem w naszym mieście społeczne ruchy, które w związku z pojęciem
Mała Moskwa stosowanym wobec Legnicy, utrzymywały, że jest ono wyzyskiwane do poniżającego i haniebnego zżywania się, oswajania stanu wieloletniej okupacji. A więc wygodnego kapitulanctwa i ogólnego Gleichschaltung.
Wyzyskiwane ponadto do promowania tego znaku jako dystynkcji wyłącznie i stale wyróżniającej i identyfikującej Legnicę tak samo jak tamten kłamliwy ideowo i słaby artystycznie pomnik z Placu Słowiańskiego, który tak szumnie był odprowadzany na miejskie pobocze przez tutejsze apostolstwo
Małej Moskwy.
Propozycja
zapomnienia, czy raczej odrzucenia, jaką głoszono, nie nawoływała zatem wcale do szaleństwa powszechnego resetu pamięci, lecz spojrzenia na fakt okupacji Polski tak właśnie i zaprzestania nazywania agresji – wyzwalaniem, okupacji – pobytem, stacjonowaniem albo trudnym sąsiedztwem zaś poddaństwa – wdzięcznością i, w końcu, wypędzenia Armii Sowieckiej z Polski – jej wyjazdem czy odjazdem.

Jest – z drugiej strony: element tożsamości miasta.
Zapieranie się tożsamości w ogóle zatrącałoby o jakieś psychiczne defekty bądź niedojrzałość.
Kiedy w dyskursie pojawia się pojęcie
tożsamości, zaczyna się robić bardzo poważnie i głęboko.
I dlatego nikomu do głowy nie przyszłoby jakiekolwiek kwestionowanie żadnych
elementów tożsamości.
Spójrzmy aliści – oto 48 lat w historii Legnicy pod kontrolą Sowietów – to krótki dość epizod w końcu.
Od 1993 roku, kiedy zmuszono ich do opuszczenia granic państwa, w tym naszego miasta – do dziś – to już 28 lat – więcej niż połowa okresu konstytuującego rzekomo
Małą Moskwę. Tempus fugit; czy nie byłoby trwalszym i mocniej uzasadnionym oparcie tożsamości miasta na dawniejszych acz rodzimych elementach – Witelo, Książę Henryk?
Legnica tymczasem uporczywie roztrząsa, poszukuje tożsamości w przeszłości albo niemieckiej, albo dla odmiany – sowieckiej.
A dokładniej: nie Legnica, lecz aktywiści obu opcji, którzy umiejętnie pozyskują wsparcie lokalnych władz dla swoich inicjatyw.
I tu pojawia się myśl o
brandzie. Podtrzymywanie tej urojonej nazwy jest widać w jakiś sposób korzystne nawet mimo usunięcia resztek sowieckiej okupacji w postaci pomnika okupanta przez rodzimych komunistów wystawionego kosztem legniczan składających się nolens volens na tę pamiątkę.
Jeśli zatem sprawę stawia się tak:
Mała Moskwa – historia, którą należy zapomnieć czy element tożsamości miasta?, to odpowiedź jest oczywista, bo pytanie jest tylko pozornie retoryczne.
Żadnego zapominania! Przeciwnie – utożsamianie, kultywowanie, pamiętanie!

Okazuje się, że można nie przyjmować do wiadomości, że czas obrócił się bądź, licząc na słabość ludzkiej pamięci albo pokoleniową wymianę mieszkańców, usiłować zatwardziale aplikować odnawiającemu się legnickiemu społeczeństwu odkurzoną atrakcję z lamusa historii.
Po raz kolejny. Obsesyjnie. Namolnie.
Można uparcie wydobywać z rupieciarni zatęchłe klamoty nie tylko wbrew pędzącemu czasowi. Nie zauważać, jak socjalistyczne idee spełzły a komunizm kompromituje się w Korei, zdycha na Kubie albo napina do granic możliwości w PRC. Mało – mieć nadzieję (chyba), że odrodzi się w on wersji nowoczesnych lewic całej zjednoczonej Europy i bajdenowskich Stanów.
Ilu turystów przyjedzie do Legnicy, w której
pojarowskie mienie dawno już z pożytkiem przejęto i zagospodarowano lub, przeciwnie – zapomniano, dozwalając na doszczętny rozpad – jak szpitala w Lasku Złotoryjskim?
Jak Legnica mogłaby wykorzystać
potencjał społeczny, turystyczny – niełatwo to sobie wyobrazić. Lotniska nie ma, koszary zamieszkałe, ruiny straszą, lapidarium opustoszałe, wbrew edukacyjnemu potencjałowi, jaki sugerował nasz Ratusz. A Marszałek Konstanty nawet głowę postradał!
Gdzie ten potencjał?
Trwa marsz śladami żołnierskich kamaszy, wypatrywanie cieni czerwonych gwiazd na murach lub zdrapywanie resztek napisów ostrzegających przed przekroczeniem granic posterunków albo nawet spraszanie
bywszych sołdatów na pogaduchy czyli – robienie inicjatyw niczego niedających miastu za to podtrzymujących przy życiu inicjatorów samych. Rozmaite fundacje, spółdzielnie, organizacje i wydawnictwa kultywujące, podtrzymujące pamięć i inicjujące debaty i dialogi.

Kawiarenki, na, na, na …

 

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię