Wspominki z podróży po Mongolii Wewnętrznej

0
341

O tym, że Mongołowie „trafili” pod Legnicę w roku 1241 wiedzą wszyscy.  Legnickie Pole, Tatarzy itp.itd.  Teraz „Gazeta Piastowska” piórem Aleksandry Woźniak trafia do centrum Azji: Tym razem przegapiłam nadejście nieznanego. Musiałam trafić na biletowej loterii miejsce przy stoliku – może nawet przy ścianie? – i przespać większość z dziesięciu godzin nocnej podróży. Nieznane pewnie zaczęło się mniej więcej nad ranem, kiedy za oknami zalesione pagórki zaczęły stopniowo przechodzić w rozległe stepy. O tej porze roku, wczesną wiosną, jeszcze szare, prawie w kolorze ziemi.

Hohhot. Miasto o dziwnej, trochę charczącej nazwie. Po chińsku do wymówienia po wielu próbach – Huhehaote. Chyba właśnie z tego względu tak bardzo chcę je zobaczyć, chociaż każdy mówi, że nie ma tam nic ciekawego. Faktycznie, Hohhot może i na pierwszy rzut oka robi wrażenie typowego chińskiego miasta, ale wystarczy uważniej przyjrzeć się budynkom, by zobaczyć różnicę. Więcej bieli, trochę poszarzałej od wszechobecnego pyłu, ale wciąż bieli, i złota, zwieńczenia budynków okrągłe jak mongolskie jurty.

W autobusach…

… obok wysokiego trelu chińskiej spikerki słychać niski, zachrypnięty mongolski, obok znaków – pionowy zapis mongolskich liter. Tak zwana Mongolia Wewnętrzna – obszar większy niż Polska razy trzy.

Hohhot to tylko przystanek. Dwa dni później ruszam dalej. Wychodząc z hostelu rano spotykam dziewczynę z plecakiem. Też spieszy się na dworzec – musi złapać pociąg do Ułan Bator. Przez 20 minut wdychamy spaliny przy zatłoczonej ulicy wiodącej do centrum, ale autobusu jak nie było, tak nie ma. Czas ucieka. W końcu udaje nam się złapać taksówkę. Korek, ruch, nerwowe spojrzenia na zegarek. Gdy wyskakujemy przed budynkiem dworca, obie mamy po kilka minut do odjazdu. Przytulamy się na pożegnanie, chociaż znałyśmy się może pół godziny.

Droga do Ordosu nie jest łatwa. Między innymi dlatego, że nie ma jednego Ordosu. Wtedy jeszcze o tym nie wiem, ale posłusznie wsiadam we wskazany mi autobus do Dongshengu. Bo Dongsheng i Ordos to to samo. W pewnym sensie.

Oddzielona od niego 30-kilometrowym pasem pustyni leży Kangbashi, nowa dzielnica miasta. Jest tu wszystko: szerokie ulice, strzeliste wieżowce, luksusowe rezydencje w europejskim stylu, stadion olimpijski. Nie ma tylko mieszkańców. Od piętnastu lat Kangbashi jest w większości niezamieszkane i pozostaje największym chińskim miastem duchów. Też jest częścią Ordosu. Ale jednak trochę nie.

Dongsheng…

… wygląda jak większość dużych chińskich miast. Szerokie, asfaltowe ulice, brzydkie wysokie budynki. Prawie jak Pekin o poranku. Poza piaskiem. Ten wiruje w powietrzu,pokrywa niebo żółtawą warstwą, wchodzi do nosa i ust. Nie nachalnie, inwazyjnie, ale delikatnie i ledwo wyczuwalnie. Nie zachęca do zwiedzania. Wchodzę do pierwszego napotkanego hotelu, zaraz za rogiem. „Hotel” to oczywiście za dużo słowo. Przed drzwiami potykacz, który kusi żółtymi znakami na czerwonym tle: „Pokój standardowy: 59 juanów”. Panie za ladą oczywiście rozpoczynają negocjacje z wysokiego C.

– A ten standardowy? – pytam niezrażona.

– Ale tam nie ma telewizora!

Jak się później okazuje, brak telewizora nie jest tu największą niedogodnością. Pokój to maleńka klitka z oknem na korytarz, które, siłą rzeczy, musi być cały czas zasłonięte. Duszno i ciemno, ale dach nad głową jest. Zbiorowa łazienka, z wielką rynną zamiast umywalek, zaledwie za rogiem. Zostawiam bagaże i ruszam dalej.

Na dworcu…

… w Dongshengu czuję się jak w filmie. Takim, który całkiem miło się ogląda, a bohater tymczasem rozważa, czy lepszy efekt przyniesie krzyk, aż popękają szyby w kasach, oddzielające go od mało pomocnych urzędniczek, czy płacz, aż któraś z pań łaskawie się zlituje. Wreszcie sukces – dostaję bilet w jedną stronę, o powrót będę się martwić później.

Autobus wyrzuca mnie na parkingu i nie bardzo wiem, gdzie jestem. To jeszcze nie era smartfonów, a w zaczytanym do granic możliwości, przewodniku o tym miejscu piszą bardzo niewiele. A i to nie jest zbyt zachęcające: można odwiedzić, ale nie trzeba. W końcu to nie jest prawdziwe Mauzoleum Czyngis-chana. Nic dziwnego, że prawie nikogo tu nie ma. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie pochowano największego wodza Mongołów. Raczej nie na terenie dzisiejszej chorągwi Ejin Horo. Chorągiew. Jakby wielki wódz był wciąż żywy w sercach swojego ludu. I, jak się przekonam za parę chwil, naprawdę tak jest.

Mijam…

… potężną bramę. Przede mną szeroka esplanada wyłożona białymi płytami. Na środku posąg chana, horyzont ginie gdzieś nad szczytem schodów. Po obu stronach szpalery świerków – jak one się utrzymały na tej pustyni? Podchodzę do tablicy informacyjnej, przygotowana na zabawne tłumaczenie na angielski, ale po chwili okazuje się, że intrygujące ostrzeżenie „Please keep distance from the holy horses for your family and your safety” po chińsku ma ten sam sens. Czy nad mauzoleum krążą niebiańskie rumaki Czyngis-chana? Ziemskich koni zdecydowanie nie widać. Czym zresztą miałyby się pożywić na tej wyspie na pustkowiu? Na pewno nie jedzeniem od turystów, bo ci nie docierają tu zbyt często.

– Hej, skąd jesteś? – dobiega do mnie, gdy przechylam się przez barierkę. Pytanie po chińsku, ale akcent już nie chiński. Odwracam się. Chłopak jest parę lat starszy ode mnie i na pewno nie jest Hanem. Ciemniejsza cera, inne rysy. Miejscowy. Mówi, że nazywa się Zhang Haiju, ale to pewnie tylko imię z dowodu. Dalej zwiedzamy razem. Oglądamy usypane z kamieni rytualne kopce owoo, udekorowane błękitnymi i białymi flagami. Zatrzymujemy się przed niebiańskim ołtarzem. Przynajmniej tak nazywa to Zhang. Nad platformą z białego kamienia łopoczą czerwone flagi i żerdzie zwieńczone kępami futra. Przed nami jeszcze najważniejsze miejsce. Trzy błękitno-złote kopuły wieńczą białą bryłę budynku. U szczytu schodów przystaje siwowłosa Mongołka, opiera się na kulach. Spod tradycyjnego deelu wystaje nienaturalnie wykręcona prawa noga. Zhang pomaga jej zejść. Kobieta patrzy na mnie i zadaje kilka pytań w pięknym, twardym języku.

Przedsionek…

… budynku wygląda jak muzeum. Kopia siodła chana w gablocie usypia moją czujność. Ale za chwilę wchodzimy do głównej sali. Jest mi wstyd, mam na sobie górskie buty, spodnie z bazaru na ulicy w Jinhua i bluzę z logo pubu Bad Monkey w junnańskim Dali – moja najdroższa część garderoby nabyta do tej pory w Chinach. Na podłodze siedzi około dziesięciu mężczyzn w tradycyjnych strojach. W powietrzu unosi się dym z kadzideł i ich śpiew. Hipnotyzujący, transowy. Śpiew ku czci wielkiego wodza i boga. Przed ołtarzem stoi wielka, złota misa, a w niej ogromne płaty mięsa. Ofiara dla chana. Czyngis nie umarł, nadal opiekuje się swoim ludem. A to miejsce nie jest średniej jakości atrakcją turystyczną dla wytrwałych, oszukanym grobowcem najsłynniejszego Mongoła. To w ogóle nie jest miejsce dla obcych. To świątynia, w której Mongołowie oddają cześć najświetniejszemu z nich.

Zhang odwozi mnie na przystanek. Siodełko jego starego, wysłużonego motocykla jest wyłożone dywanem obszytym frędzlami niczym chanowska kulbaka. Na skraju drogi pasą się dwa wielbłądy.

Tekst i fotografie: Aleksandra Woźniak

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię