Pan T. i Benek Cygan

0
270

Od kiedy zafundowałem sobie Pana T., tak ekstra, ponad powszechnie dostępnymi w programie telewizyjnym propozycjami, toczę dość nieregularne spory z moją lepszą połową o wartość tego filmu.

Ten nasz obustronny zapał do polemiki idzie stąd, że intrygujący grzbiet grubachnej księgi z domowej biblioteki z czarnymi wersalikami ZŁY intrygował mnie latami, aż do studiów, kiedy przeczytałem Dziennik 1954, a zaraz potem to największe dzieło. Sentyment taki. Potem jeszcze przyszło Życie towarzyskie i Brzegi jazzu.
Przyszła zaś połowa czytała Dziennik też, lecz do Złego nie sięgnęła. Jakoś wolała autentyk od fikcji. Choć sceny z bajerem na bazarze i w powieści, i w dzienniku – takie same! Co ładnie pokazuje, jak pisarz wydziera ze swoich życiowych doświadczeń każdy przydatny strzęp, żeby prawdę napisać, tworząc fikcję.
Jak się do tego doda jeszcze obecną niezwykłą atmosferę sporu z synem pisarza i te niewiarygodnie dziwaczne wyjaśnienia twórców i producentów, że to wcale nie o Tyrmandzie (nie dotyczy Leopolda Tyrmanda, ani nie wykorzystuje jego twórczości, a w szczególności nie odnosi się do książki »Dziennik 1954«), lecz tylko takie swobodne bujanie w prlowskich klimatach, to mamy właśnie ognisko zapalne moich domowych utarczek o Pana T.
Czy to czerwona propaganda, swawolne artystyczne deformacje w liberalistycznym sosiku, czy próba – celowej, i słusznej! – karykatury tamtego, prawdziwie tekturowego państwa? Czy może jakiś melanż wszystkiego powyższego na raz – tak, aby każdemu zrobić dobrze, wszystkich sprowokować, a to znaczy zaintrygować i skusić, by, tak jak ja – zamówili sobie film na VOD albo polecieli do kina?
W filmowej Bognie chyba za wiele swobody książkowej Pani Nuny, a Zbyszek jakiś niekoniecznie zgodny z tym, co o nim wiadomo lekko choćby zorientowanemu. Degenerat Bierut w tych okropnie ruskich szerokich spodniach – właściwie żadna z postaci tego filmu nie musi mieć swojego modela w rzeczywistości, bo czym miałby to jeść współczesny konsument? Nawet to, że Jacek Braciak jest tak podobny do Herberta – nie musi i pewnie nie ma żadnego znaczenia dla odbiorcy, który prawdopodobnie nawet nie wie, kim Herbert był ani jak wyglądał i co robił w tym ciasnym kantorku.
Po co zatem powstał film PanT.?
W tamtych strasznych realiach Tyrmand niekoniecznie czuł się fajnie, nawet jeśli bez szczególnej zawziętości pisał o tanich zupkach w Czytelniku i wesołych przygodach na bazarach z ciuchami. A do kontraktu na książkę, jaki zawarł z wydawnictwem, wpisał powieść antychuligańską, co może wydawać się robieniem sobie żartów z ówczesnych urzędników, ale dla autora dil z Czytelnikiem był życiodajny. Dosłownie i niedosłownie.
W filmie rzeczywistość jest koloryzowana wyrazistymi typami w rodzaju profesorów malujących żyrafy albo dialogami zręcznie miksującymi język gruby z cienkim. Powstają szczególne napięcia idące z oglądania Jana Nowickiego albo Kazimierza Kutza w niekoniecznie dla nich właściwych sytuacjach i sceneriach. Elity towarzyskie to zaledwie nadęte bufony, ubecy jacyś nieskorzy do bicia, a prezydent, ten prawdziwy, choć – jak historia pokazała, miał na rękach krew, to tutaj, w filmie – ma na palcu fatalny sygnet i grasuje w bardaszce.
Takiego prlu Tyrmand rzeczywiście nie pokazał. To z Dziennika jest straszne, to z filmu – może zaspokoić tylko niektóre gusta. Właśnie – czyje?
To obraz dla tych, dla których wszystko mogłoby się rozegrać w zupełnie innym czasie i mieście, gdzieś, gdzie aktualnie buduje się jakieś gmaszysko, na którym bardzo zależy władzy, zaś bohater niekoniecznie musi nazywać się na Te.
Wygląda to tak, jakby zamierzono wytworzyć obraz jakiejś rzeczywistości na podstawie innego jej obrazu. Bez chęci zorientowania się, jak wyglądała ta rzeczywistość – w rzeczywistości. Nie wnikając, na ile twórcy filmu pozostają w zgodzie z prawdą w swoich wypowiedziach na temat inspiracji i na ile źródłem dla filmu Pan T. jest Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda, a na ile nie – ich historia jest ulepiona – z gotowego – jak efekt kinowego samplingu. I tak jak od początku takiego traktowania muzyki powstawały problemy z prawem autorskim, tak i teraz wynikło to samo. A my oglądamy to rozdarci i zakłopotani: czy to Tyrmand – czy nie Tyrmand?

Kiedy w Legnicy powstała Ballada o Zakaczawiu, miałem to samo. Komisariat przy Daszyńskiego już nie istniał, gdy Gienek robił za bramkarza w Cuprum – niezgadzanie się teatralnej historii i prawdy było jaskrawe i oczywiste, ale próbowano to uzasadniać trudnymi słowami: legenda i mit, co w istocie miało oznaczać, że jakiekolwiek żądania prawdy od twórców z Modrzejewskiej jest kompromitacją i obciachem.
Może więc Pan T. jako wytwór samplingu – ujdzie. Jeśli przyjmiemy, że grzebanie w książkach i biografiach jest zupełnie zbędne. Mało tego – czytanie Dziennika 1954 może po prostu przeszkadzać widzom, zakłócać odbiór tego obrazu. Jest niepotrzebne. Ale też Hańby domowej Trznadla, Czerwonej mszy Urbankowskiego czy biografii Zbigniewa Herberta – Franaszka albo Żebrowskiego. Czy należy zacząć się bać?
Powstaje, chyba niewydumany, ale rzeczywisty kłopot: bawić się prawdą utemperowaną mitem czy poznawać historię in crudo?
Pogodzić tego przecież – nie sposób.

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię