Symetria, przyzwoitość i inne zjawiska graniczne

0
782

I. Czytamy oto, że Mińsk pustoszeje i turyści z Iraku, Syrii znikają. Wyłapywani przez milicję Łukaszenki i upychani w samolotach odlatują do swoich krajów. Dobrze, że Sasza nie utworzył dla nich odrutowanego obozu gdzieś w białoruskich lasach, bo i to jeszcze totalniacy wrzuciliby na konto pisiorów…


Kryzys humanitarny, jak widać – łatwo zorganizować, zarządzać nim i równie łatwo rozwiązać.
Obserwatorzy i komentatorzy trochę jednak nie nadążają ze zmianami w tonie i stylu swoich wypowiedzi na ten temat. Od sięgania do porównań z nazistami, antysemitami i szmalcownikami, cytowania dostojników różnych kościołów – raz na przekór, raz jako autorytetu – przez insynuacje, kłamstwa i inwektywy po pełne uników i niedopowiedzeń opowieści o znalezionych na poleskich bagnach ludziach.
Choć są i wytrwali, co stale rąbią to samo.
W tych wygadywaniach stosują niezmiennie kilka prościutkich sztuczek ufając w swoją skuteczność w obrzydzaniu pisowskiego rządu, kościoła powszechnego i jego wiernych. Których mają za sentymentalnych durniów chodzących pod biało-czerwoną flagą w czasie, gdy świat, a w szczególności Europa – zrasta się, granice zanikają i rozkwita na nowo internacjonalizm.

Wzbudzanie współczucia dla gromadzących się pod polską granicą zaczyna się od przyjęcia dla nich całkiem nieodpowiedniej nazwy: refugees (uchodźcy). W konsekwencji – rozpylania w atmosferze wypowiedzi na ich temat skojarzeń z prześladowaniami, zagrożeniem życia, zdrowia, bądź odbieraniem wolności religijnych, politycznych czy wręcz czystkami rasowymi. Tymczasem, jak się okazuje, ludzie aktualnie nazywani refugees kupowali po prostu bilety lotnicze, wsiadali do samolotów i przylatywali do Mińska bez przeszkód.
Takie niewłaściwe nazwanie tych ludzi wylazło jak szydło z worka, gdy na fasadzie siedziby miejskiego teatru zawisło swego czasu czarno-czerwone ogłoszenie: Uchodźcy mile widziani.
Gdybyż jeszcze uciekali przed właśnie – prześladowaniami, represjami, przed eksterminacją!
Ale to mile widziani – było dowodem zupełnego pomieszania pojęć i niezrozumienia sytuacji. Oczywiście – ani teatr, ani żaden z jego pracowników na przyjmowanie kogokolwiek nie był wówczas gotów. Może (widziani) – na ich oglądanie.
Po Wir Schaffen das (damy radę) Angeli Merkel z sierpnia 2015 roku, w istocie – bezprawnym zaproszeniu do Europy każdego, kto zdoła dojechać z Bliskiego i dalszego Wschodu, transparent był po upadku PO jedynie drażnieniem się przegranych z nowym rządem PiS.
Tym razem jednak sprawę próbuje się rozgrywać inaczej.
Nieudolną i naiwną w gruncie rzeczy – grą na emocjach zwykłego człowieka.
Czasem wygania ich z domów brak dostępu do wody czy brak perspektyw na godną, bezpieczną przyszłość.To tekst, który pokazuje, jak wiele wymaga się od tego wirtualnego prostego człowieka: wyobraźni, że decyzję podróży przez cztery tysiące kilometrów i dziesięć granic (tak dla przykładu: Irbil-Berlin) da się wytłumaczyć brakiem dostępu do wody w miejscu zamieszkania.
Podobnego wytężenia wyobraźni potrzeba do stworzenia wizji kota wędrującego za właścicielem z Afganistanu pod Terespol albo gościa pływającego w listopadzie całymi dniami – z krótkimi przerwami – w Bugu.
Najmocniej jednak stawia się w tych próbach zawstydzenia prostego człowieka na stosowany maniakalnie zabieg fałszywej (może być: pozornej) symetrii.
Nie tylko w PRL-u, ale także po transformacji ustrojowej masowo wyjeżdżaliśmy na Zachód – mówiła po powrocie z Podlasia doktor Filaczyńska z właściwą chyba wiekowi swobodą przeskakując ponad wszystkimi jaskrawymi różnicami tych sytuacji, pozostawiając jako niepodważalne – jedyne podobieństwo: wyjazd.
Nie wiem, jak jest z pamięcią pani doktor, ale sam pamiętam dobrze opowiadania Polaków
o przebywaniu w ośrodkach dla azylantów i konieczności uczenia się języka niemieckiego.
O powolnym wymuszaniu na przybyłych, aby stawali się przysposobionymi obywatelami RFN. Obywatelami drugiej kategorii wprawdzie, ale przecież – obywatelami Zachodu.
Zaś opowieści z czasów potransformacyjnych były jakoś podobne – upchnięci w angielskich szkołach językowych Polacy wespół z innymi narodowościami musieli je – tak na dzień dobry – ukończyć, aby wejść w społeczeństwo Albionu.
Jednych wypchnęła za granicę komuna, tych drugich – rządy niewidzialnej ręki (invisible hand) wdrożone przez pewnego profesora na Be. Tak było, pani doktor.
Po przekroczeniu granicy państwa docelowego, trzeba było koniecznie przekroczyć kolejną – tę językową, kulturową i stanąć w końcu przed ostatnią. Nieprzekraczalną granicą, która zawsze oddzielała rodzimych obywateli RFN od gastarbeiterów i innych przyjezdnych.
Dzisiejsi refugees chętnie przekroczą granic dziesięć, ale tej ostatniej – za nic.
Stąd w krajach ich destynacji tworzą się getta niezasymilowanych, do których policje boją się wkraczać.
Inny symetrysta dla odmiany sięga dalej i przypomina: 70 lat temu Iran przyjął 120 tysięcy polskich uchodźców, więc dlaczego stosunkowo bogata Polska i jej europejskie zaplecze miałoby sobie nie poradzić z kilkoma, kilkunastoma lub kilkudziesięcioma tysiącami nadchodzącymi z Białorusi?
Odpowiedź: oprócz tego, że to europejskie zaplecze właśnie przyznaje Polsce rację i popiera, zauważmy jeszcze, że Polacy żyli i pracowali w Iranie od dawna, a stosunki Rzeczpospolitej z Persją układały się całkiem dobrze już od Stefana Batorego, Zygmunta III, Jana Sobieskiego – po Sasów. Zaznaczyli się Polacy w historii Iranu także w XX w. zauważalnym wkładem w jego rozwój (kolej transirańska, przemysł papierniczy, przędzalniczy, drzewny). Iran Rezy Pahlawiego miał dość powodów, by przyjąć armię generała Andersa ewakuowaną z ZSRS.
Ale dzisiaj to nie Irańczycy tymi tysiącami nadchodzą z Białorusi. Noizz.pl (Axel Springer – mało sprzyjający rządzącym) informuje, że obywatelom Iranu, trudniej jest przekonać Urząd ds. Cudzoziemców do tego, że ich kraj nie nadaje się do życia.
Chcąc więc stworzyć w tej kolejnej lekcji zawstydzania wzorzec sprawiedliwej odpłaty, zasługi i rewanżu – symetrysta trafia trochę kulą w płot.
Mieszkańcy krajów, którzy na przejściu granicznym w Kuźnicy tak widowiskowo zabiegali o perspektywy na godną, bezpieczną przyszłość w większości przed niczym nie uciekali – nie są żadnymi uchodźcami (refugees), lecz ludźmi, którzy porzucili swoje domy, aby korzystać z dostatku wypracowanego w Europie Zachodniej. To współcześni nomadzi, którzy migrują raczej z wyboru, a nie z konieczności.
Czy o przenikaniu do UE ekstremistów przebranych za turystów trzeba coś dodawać ?
Stosowane w opowiadaniach o kryzysie humanitarnym sztuczki rodzaju aplikacja współczucia lub wymuszenie empatii wcale nie mają ani obudzić miłosierdzia, ani, rzecz jasna – podsunąć pomysłu, jak kryzys rozwiązać, ale podtrzymywać niechęć wobec aktualnie rządzących w Polsce.
Było to jasne zaraz po ogłoszeniu zaproszenia Mutti Angeli; opór, jaki powstał wówczas i spowodowane nim budowanie płotów i barier chroniących granice, Jean-Claude Juncker skomentował tak: Ci głupi nacjonaliści są zakochani w swoich krajach. Nie lubią tych, którzy przychodzą z daleka. A ja kocham tych, którzy przychodzą z daleka. (Cytuję Ivicę Šolę za Sieciami Nr47/2021).
Jasne jest także, że pisanie o kocie, dzieciach, pływakach czy wielokrotnym przerzucaniu ciężarnej ponad zasiekami to następny zestaw ćwiczeń z pedagogiki wstydu.
Piszący takie rzeczy pokazowo rumienią się za miliony i przekraczając wszelkie granice przyzwoitości, próbują reaktywować wilkommenskultur skompromitowaną od Gibraltaru po Ateny.

Kiedy w NatGeo oglądam czasami dokumenty dowodzące wyższości kultury Bliskiego Wschodu nad europejską, zastanawiam się: gdzie ta dominacja, na czym opierają się takie wnioski? Skąd ta zapaść na Bliskim Wschodzie i jakie są przyczyny utraty rzekomych przewag?
Zastanawiam się także, dlaczego dla współwyznawców religijnych (choć nie zawsze braci w kulturze) nie podnosi szlabanów zasobna Arabia Saudyjska, Kuwejt, Zjednoczone Emiraty?
Ciekawe.
Dlaczego ci spod naszej granicy – nie chcą tam, a i tam ich nie chcą?

II.

9. grudnia w legnickiej Kawiarence Obywatelskiej zorganizowano spotkanie Żaden człowiek nie jest nielegalny? Nasze granice przyzwoitości.
Zwykle jest pewna niejasność ze sformułowaniami tematów Kawiarenek. Nie wiem, czy do tego wracać.
Spotkanie poprzedziła relacja Pani Justyny, która przedstawiła obraz biurokracji i bezwładu Urzędu Wojewódzkiego od 2016 roku niezdolnego do przyznania prawa do stałego pobytu jej mężowi.
Takie preparación wskazało tonację dalszego ciągu: legalność jest właściwie nieosiągalna.
Poseł Franciszek (Franek) Sterczewski, którego oglądaliśmy w telewizorze, jak ścigał się z pogranicznikami pod Usnarzem, nie dojechał, bo, jak mówił w przesłanym nagraniu – w sejmie jest degrengolada i trzeba było zostać w stolicy.
Byli za to inni – aktorka THM Aleksandra Listwan – swego czasu rapowała kogo i gdzie jeb..ą Polacy za piekło kobiet i chyba dlatego prowadząca powiedziała o niej, że mówi zawsze w punkt i mocno. Niestety, film z tym dziełem, którego słuchałem myśląc o granicach przyzwoitości – jest już niedostępny.
Była także Małgorzata (Gosia) Kulczycka – wolontariuszka Grupy Granica (finansowanie: Fundacja Batorego i G.Wyb.). Jej relacje o sytuacji w strefie objętej ustawą o ochronie granic były silnie opakowane komentarzami i opiniami o polskim wojsku, o straży granicznej, o politykach, rządzących i propagandzie strachu. Tak było tego dużo, że jeden ze słuchaczy, starając się jednak panować nad sobą – nie potrafił tego znieść. Przerywał, dopytywał, a gdy wysłuchał – wyszedł bez słowa.
Chyba go zrozumiałem.
Obraz wojska, SG i innych służb przedstawiany przez zaproszone panie – był nie do przyjęcia. Trudno zdzierżyć, gdy słyszy się, że nasi obrońcy ojczyzny (tu brzmiała pogardliwa ironia) nie mają gdzie się wyżyć, a kompleks bycia Polakiem splata się właśnie teraz i właśnie tam – z poczuciem zagrożenia kobiecą wolnością i dlatego przy granicy jest to, co jest.
Zauważyłem zresztą, że są panie – na przykład z mandatem posłanki, które, jak można było zobaczyć – zabierają się za sprawy wojska i – nie wypadają korzystnie. Tak jak posłanka X, która podczas komisji stwierdziła, że na wartowni, skąd żołnierze wychodzili na służbę – nie było tylu posłań, ilu żołnierzy.
Cóż, może trzeba dać posłance X czas na zrozumienie tego zagadnienia.
Relacje więc z przygranicznych lasów były straszne. Straszne.
Najczęściej chyba powtarzającymi się słowami były umierać lub śmierć.
W związku z tym około trzydziestu gości zebranych w Kawiarence usłyszało, że ilość osób, które nie żyją – nie jest znana, a ich zwłoki znalezione w lesie są przerzucane przez granicę, aby po polskiej stronie zmniejszyć statystyki śmiertelności. Trudnią się tym nasi żołnierze z zasłoniętymi twarzami, którzy jeżdżą samochodami z zasłoniętymi tablicami. W ogóle – nie ma danych, ile osób umarło, ale wiadomo, że po lasach błąka się tylu ludzi, ile mieści się na Stadionie Narodowym (oficjalnie: 58 580 miejsc na trybunach lub 72 900 osób – imprezy muzyczne [A.K.]). Czy to przybliżenie miało pokazać, że stać (nas) Polaków na zorganizowanie pomocy dla ludzi w tej ilości, czy zdać sprawę z ogromu potrzeb – nie wiem. Nie zrozumiałem.
Obraz państwa, jaki wyłaniał się z wypowiedzi był potworny, przerażający: SG nie przyjmuje dokumentów z prośbą o azyl, a jeśli już – to okłamuje ludzi, że są źle wypełnione. Podleczeni w szpitalach wywożeni są nad granicę i wpychani na Białoruś. Służby mundurowe epatują bronią, co stresuje tak mieszkańców jak i schwytanych. Na drogach i nie tylko – trwają nieustanne kontrole – nawet tych, którzy byli już wielokrotnie kontrolowani. Rzetelnych dziennikarzy nie wpuszcza się i nikt nie potrafi o tym wszystkim należycie poinformować, ponieważ informacje są albo cenzurowane, albo preparowane jako przekaz propagandowy. Dowodem na to jest wojenna stylistyka oficjalnych komunikatów – nieadekwatne pojęcia wojny hybrydowej, frontu, najazdu prowadzą do szerzenia propagandy zagrożenia (goście przyjęli dla sytuacji nazwę kryzys humanitarny, a jego ofiary stale przedstawiano jako ludzi; nie: migranci, a – ludzie). Wszystko to w imię ciułania procentów politycznego poparcia i oszalałej wizji wzrostu sondażowych słupków.
Słabo zabrzmiała sugestia Aleksandry Listwan, aby sprzeciwić się prawu, które łamie Konstytucję (aktorce chodziło, zdaje się, o ustawę o ochronie granic). Postulowała, aby zejść z drogi, która rząd RP prowadzi ku porażce – i wprowadzić procedury krajów cywilizowanych.
Kiedy więc przyszedł czas na pytania z sali, zachciało mi się, dla jasności – ustalić, jakie to kraje miałyby być dla Polski wzorem takiego ucywilizowania.
Odpowiedź nie padła wprost, ale padła – to kraje ONZ.
Przyznam, że trochę mnie zatkało. Do ONZ należy przecież i Białoruś Alaksandra eŁ., i Rosja Władimira Władimirowicza, USA Joego B., które jakoś niechętnie otwierają granicę z Meksykiem ogrodzoną przez D. Trumpa, także Francja, która likwiduje namiotowe miasteczka, odsyła ludzi do ich krajów i na dodatek ostatnio mocno utrudnia procedury azylanckie migrantom. I Niemcy, gdzie w ramach ucywilizowania policja nie przyjmuje zawiadomień przedsiębiorców o przestępstwach obcokrajowców, które przynoszą straty poniżej 100 Euro. I Hiszpania, i Grecja, i Włochy, gdzie stoją już od dawna płoty i instalacje graniczne broniące UE przed nielegalną migracją.
Także Irak, Afganistan i Syria.
Razem 193 kraje.
To nie była jednak zrozumiała odpowiedź.

Tak się nie da.
Wrażenie, że trwa rozgrywka, kto przejmie więcej chwały z tytułu opanowania sytuacji – jest nieodparte. Jednak jedna ze stron fauluje. SG utrzymuje, że strażnicy są przeszkoleni i gotowi pomagać tym, którzy znaleźli się w lasach. Wolontariat twierdzi natomiast, że to kłamstwo, że tylko ludzie dobrej woli mogą wesprzeć tych, którzy znaleźli się w lasach, a służby państwowe (WP, SG, Terytorialsi, Policja) cichaczem naruszają Konstytucję i gwałcą międzynarodowe umowy.
Ci z Granicy nie chcą przy tym w ogóle przyjąć do wiadomości faktu istnienia granicy państwa.
Tak jak pewien poseł, który zapewniał polskich pograniczników, że tylko na chwilę skoczy na Białoruś z reklamówką i zaraz wróci.
Internacjonalizm par excellence.
Pytanie o przyzwoitość i jej granice podrzucane tytułem tego spotkania – pozostaje otwarte.

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię