Pamięć felietonu

0
890

Jest dziwna. Bo wiadomo – felieton – gatunek ulotny. Przyszpilony do chwili jak motyl w gablotce. Utrwala czas, w którym powstał. Ale mija szybko. Wrażenie robi (o ile) na chwilę, by wylądować wraz gazetą w niebieskim kuble ewentualnie posłuży do wypchania butów, żeby nie straciły fasonu.

Jeśli nie zostaną pchnięte w internecie ku drugiemu życiu. Cóż po zeszłorocznym felietonie – ten drugiego życia mieć nie będzie jak znoszone buty.
Chyba, że felietonista miał szczęście pisywać po gazetach na boku swoich głównych, wielkich prac, to i zdarzy się, że wszystko pozbierają i wydadzą w tomie pisma zebrane, teksty ostatnie, pośmiertne czy jakoś. I wtedy jest inaczej, niekoniecznie gorzej. Gorzej może być wtedy, gdy czas psikusa spłata i machina świata zatrybi wbrew jego entuzjazmowi, poradom albo przestrogom.
Nasz wielki Lem, na przykład – miał taką poważną obiekcję wobec braci Kaczyńskich, czemu dawał wyraz. Wskazywanie wad i słabości bliźniaków było nierzadkim motywem jego publicystyki. Czas pokazał, że co do nieudolności politycznej i innych przywar panów Kaczyńskich futurolog nie miał dobrej intuicji ani rozeznania. Wielokrotne decyzje wyborców pokazują to dość jasno.
Choć pewnie rozmiar skutków pandemii, złe zarządzanie kryzysem, rozdawnictwo, polityczna korupcja, niszczenie wizerunku Polski i te inne patetycznie deklamowane w Sejmie przez lidera PO frazy niektórym mogłyby wystarczyć jako dowód na trafność uwag autora Edenu. Niektórym tak.
Pozostaje więc po twórcy nie tylko opus, także, czasami, niestety – słowo ulotne, rzucone mimochodem i pochwycone, niestety, jak ptaszyna w siatkę.
Kto wie, kiedy podpisanego niżej dogonią słowa rzucone miesięcy temu parę? Kto wie?
Internetowa konferencja prasowa dotycząca premiery czytania pt. Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek wypadła akurat wtedy, gdy na ekrany telewizorów, a i monitorów – wjechała złowieszcza czarna plansza z napisem, że wolność umiera i te rzeczy, i szef wtedy teatru zaczął – właściwie od przeprosin, że tak jakoś nie może dopasować się do tej gorzkiej manifestacji i konferencja jest zamiast – nie być. I że nie ma kultury bez wolnych mediów, knebel – Białoruś, Iran, Korea (Sudan?)!
I potem już była normalna konferencja.
Kiedy się jednak przyłożyć do szukania, to znajdziemy bez trudności, że OECD i UE pracują nad wprowadzeniem podatku cyfrowego. Że są europejskie (!) kraje – Austria, Wielka Brytania, Francja (słodka Francja!), Hiszpania czy Włochy, w których taki podatek obowiązuje. Się GAFA nazywa we Francji, taksą Google w Hiszpanii, a Digital Services Tax w Anglii. Dla przykładu.
Wizja dołączenia do tych nad wyraz europejskich krajów, gdzie kultura ma się przecież (relativement) nienajgorzej, powinna nas jak najbardziej pociągać. Podniecać. Ekscytować. I motywować.
A tu czarne plansze jakieś i – o: skasowany Teleranek i wyłączone telefony!
Tak gorliwe i chyba nie poprzedzone należytą refleksją słowa dyrektora – zapewne z braku czasu, bo czarne tablice to tak trochę z nagła wypełzły na wizję – może by warto wielkodusznie przemilczeć.
I zapomnieć. Ale może i nie.
Bo może i racja, że felieton ma krótkie życie i po wierzchu prześlizguje ledwie się. Ale podręczną pamięć obsługuje dobrze i w biegu (pochopnie) rzucone słowa jednak zatrzymuje, tak – dla porządku. Dla potomnych. I tak jak obecnie czas weryfikuje wyrażone w felietonach diagnozy Stanisława Lema co do zdolności politycznych – dzisiaj już tylko Jarosława Kaczyńskiego, tak akcesja do obrzydzenia wyrażanego tamtymi czarnymi planszami – odsłania zasadność tamtej efektownej wypowiedzi o wolności.
Kto jednak dzisiaj czyta stare felietony, kto dziś pamięta wypowiedziane wczoraj słowa?

Adam Kowalczyk

 

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię