Granice

0
614

Trzy już razy pozwoliłem sobie zająć Czytelników Piastowskiej sprawą granicy z Białorusią. W tekście który miał w tytule symetrię i opisywał jedną z Kawiarenek obywatelskich nieregularnie otwieranych w teatrze, drugim – z powodu filmu Zielona granica oraz trzecim – na okoliczność zaproszenia Janiny Ochojskiej przez Jacka Głomba do Latającego uniwersytetu. Czyli kawiarni pod teatrem.


Na zasadzie znacie, to posłuchajcie przypomnę, jak to Aleksandra Listwan, aktorka, wskazała kraje należące do ONZ jako państwa prawa, do których Polsce daleko, bo właśnie postawiła na wschodzie płot, którym chroni własne oraz europejskie terytorium. Przypominam dalej, że do ONZ również należy Rosja, która zorganizowała tę całą sytuację na polsko-białoruskiej granicy i organizuje ją dalej – teraz na granicy z Finlandią.

 

Do ONZ…

…należą także, z drugiej strony, USA – z murem na granicy z Meksykiem oraz niemało krajów europejskich, które postawiły już dawno podobne do naszego płoty podobnie zatrzymujące na granicy ludzi.
Tu by warto zauważyć, jak tymi „ludźmi” usiłowano podczas wspomnianej Kawiarenki rozwiązać kwestię: emigranci, imigranci czy migranci, uchodźcy czy nachodźcy, nomadzi, przybysze, uciekinierzy, exule czy osoby uchodźcze. Rozwiązać kwestię – czyli zastosować taką nazwę, która nie wzbudziłaby pytań ani o przyczyny, ani cele pojawienia się tych grupek, gromad, w końcu tłumów na granicy. Ogólnoludzcy „ludzie” w kawiarnianych opowieściach, bezprzymiotnikowi, nienacechowani, bez właściwości mieliby, wbrew temu, co było widać w relacjach telewizyjnych z przejścia w Kuźnicy Białostockiej, wzbudzać odruchy empatii, współodczuwania, chęć niesienia pomocy.
I w drugą stronę – obrzydzenie, jakie wyartykułowali pan Frasyniuk oraz pani Kurdej-Sz
atan.
Expressis verbis. Pod adresem służb.
Całkiem jak w legnickiej „Kawiarence obywatelskiej” z udziałem Gosi i aktorki Aleksandry, gdzie padały niebywałe całkiem słowa o wyżywaniu się gości w mundurach, bo gdzie indziej niż na polsko-białoruskiej granicy mogliby się w końcu wyżyć; a kompleks bycia Polakiem splatał się wówczas i właśnie tam, na granicy – z poczuciem zagrożenia kobiecą wolnością i dlatego przy granicy było to, co było.
Tutto capito?

Natomiast…

…ci, którzy jakoś wówczas przekroczyli granicę i błąkali się po mokradłach Polesia i Podlasia – policzeni zostali na około 50 tysięcy. Jak pisałem wcześniej – to niemal ilość miejsc siedzących na Stadionie PGE w Warszawie.
Skąd taka miara? Taką liczbę, trudną do wyobrażenia, znajdujemy w „Cyklicznym raporcie Grupy Granica z sytuacji na pograniczu polsko-białoruskim”. W Raporcie mówi się: „Polska Straż Graniczna na koniec grudnia zadeklarowała, że od początku kryzysu humanitarnego wywiozła 50.000 osób do Białorusi”.
Jest bardzo mocno nieprawdopodobne, że SG posłużyła się słowem „wywiozła”, jakiego używa Raport „Granicy”. Po drugie – 50 tysięcy tak zwanych „wywiezień” – to miara dość fantastyczna.

Po trzecie – zastosowanie pojęcia „kryzys humanitarny” w rzekomej deklaracji SG także jest mocno wątpliwe. Trudno przecież uznać, że SG używa pojęć, za pomocą których „Grupa Granica” usiłowała wówczas podważyć legalność, a na pewno wykazać brak etycznych pobudek w postępowaniu SG na granicy z Białorusią.
A podczas tamtej Kawiarenki rozważano zagadnienie „granic przyzwoitości”.
Czy istnieją i kto je przekracza.

Do tego doszły…

…w związku z powyższym jeszcze obrazy zwyrodnialstwa służb w mundurach bez dystynkcji jeżdżących autami bez rejestracji i dopuszczających się straszenia miejscowych widokiem broni, rozdzielania rodzin, puszbaków, rzucania kobietami przez płot, fałszowania dokumentów oraz niszczenia i kradzieży telefonów ludzi.
Miary tego były ponoć niewyobrażalne, porównywalne chyba tylko do miary wspierających działalność Grupy Granica mieszkańców terenów przyległych do granicy.
Raport posługuje się w opisie sytuacji na granicy pewnym dość ogranym chwytem. Mianowicie przytaczane są w nim opowieści o zastraszaniu aktywistów przez umundurowanych. To zwykle funkcjonariusze niższych szarż, którzy najpierw krzyczą, mierzą z broni, wydają agresywne rozkazy nierzadko przy tym są wulgarni, by następnie spuścić z tonu i przepraszać za zbyt gwałtowną interwencję. Są niejednokrotnie wystraszeni sytuacją mocniej niż zatrzymywani aktywiści. Rozbudzają się w nich najniższe instynkty – zupełnie tak, jak opisywała to aktorka Aleksandra.
Biedni, bezwolni i nieogarnięci wykonawcy rozkazów płynących z dowództw wojska, SG, Policji podporządkowanych politycznym władzom w stolicy.

Film Agnieszki Holland, zdaje się, oparty został na podobnych przekazach. Nawet mogłoby się wydawać, że scenariusz Zielonej granicy układali aktywiści, ponieważ kreślą identyczne wizerunki postaci i rozkładają wartości według takich samych wzorów.
Podobnie wystawa, którą przywiozła Janina Ochojska do Legnicy. Chociaż, o ile pamiętam, trochę nie zgadzała się z opowiadaniami z Kawiarenki. Na przykład tej o kamuflażu. Zdjęcia dokumentują auta z rejestracjami, odsłonięte twarze funkcjonariuszy w mundurach odpowiednich służb.
No, ale Janina Ochojska nie musiała niczego uzgadniać przecież z aktywistką Gosią.
N’est-ce-pas?

Dlaczego jednak znowu o tym wszystkim?
Z powodu Małgorzaty Tomczak i jej tekstu z Gazety Wyborczej zatytułowanego Szara granica.
Trzeba przyznać, że instytucja biblioteki publicznej jest nieoceniona, bo w poszukiwaniu tego artykułu nie udało mi się znaleźć wśród znajomych żadnego czytelnika Gazety Wyborczej. Albo nie przyznawali się do tego, że czytają. Ale biblioteka to ma i można ów tekst przeczytać siedząc sobie wygodnie w białych klubowych fotelach czytelni na parterze.
Ale nie o to.

Artykuł został już skomentowany przez Michała Karnowskiego i Ryszarda Kuźmiuka (wPolityce), Jana Marię Rokitę (Dziennik polski) oraz Annę Machińską (Gazeta Wyborcza). Także w portalach Niepoprawni.pl, Kresy.pl, salon24.pl, zachod.pl, o wpisach na X nie wspominając.

Anna Machińska usiłowała w Wyborczej wykazać nieznajomość rzeczy, o której pisze Małgorzata Tomczak i wysypała garście przykładów w drodze zacierania wrażenia, jakie zrobiła Szara granica. Usiłowała zakwestionować ustalenia artykułu, próbując zdemontować dość szczelny, choć długi wywód Tomczak.
Już w pierwszym zdaniu niezgadzania się Machińska używa łamanego pojęcia migranci/uchodźcy, które, jak wykazała Tomczak, jest nieadekwatne, choć dla lewicowych publicystów bardzo użyteczne. Ustalenie krajów pochodzenia ludzi mogłoby tu być pomocne w ustaleniu czy to uchodźcy czy nie, a co za tym idzie, czy przysługuje im prawo do zalegalizowania ich pobytu w Unii. Jednak wydaje się, że jest to niemożliwe z powodu niszczenia przez nich samych własnych dokumentów, paszportów.
Więc uchodźca czy nie?

A na dodatek

– czy WOT albo SG szkoli w odróżnianiu Syryjczyków od Egipcjan?
Dalej pani Machińska zagrywa dość czytelny, więc słaby wist: My też kiedyś uciekaliśmy do lepszego świata i nie zawsze z powodów politycznych.
Prawda, uciekaliśmy, nie zawsze z powodów politycznych, prawda. Ale i to prawda, że nie wytwarzaliśmy gett i nie opanowywaliśmy dzielnic, do których policje nie ważyły się zaglądać.
Nie usiłowaliśmy zaprowadzać w krajach, do których dotarliśmy, własnych praw i porządków.
Nie terroryzowaliśmy gospodarzy. Potulnie poddawaliśmy się procedurom i posyłaliśmy do szkół własne dzieci, aby uczyły się obowiązkowo obcych języków. Nie demolowaliśmy dzielnic, nie paliliśmy samochodów. Nie zarzynaliśmy spacerujących ludzi, nie wyłudzaliśmy socjalu na sprowadzane kolejno siostry, wujów, ciotki i szwagrów. Nie wysadzaliśmy dyskotek, autobusów, pociągów i samolotów. Nie wjeżdżaliśmy w świętujące tłumy ciężarówkami.
Próba pani Machińskiej publikowana tydzień po tekście pani Tomczak – wypadła słabo także i dlatego, że kilkakrotnie zaaplikowała w niej sugestię, że Tomczak nie do końca wie, o czym pisze. Lektura Szarej granicy może prowadzić do przeciwnych wniosków.

Publicyści…

…drugiej strony (Kuźmiuk, Rokita, Karnowski) przyznają, że Szara granica jest niezwykłym, jak na Gazetę Wyborczą tekstem. Zadziwiającym. W końcu stwierdzenie Małgorzaty Tomczak, że obrazy wytwarzane przez aktywistów (także przez nią samą) i lewicowo-liberalnych publicystów są kłamliwe i świadomie były kształtowane jako fejki zamieszczone w tej właśnie gazecie – to naprawdę niebywałe.
Prawicowi publicyści odmiennie puentują swoje teksty.
Zbigniew Kuźmiuk pisze o szkodach, jakie wyrządzili wizerunkowi Polski aktywiści, posłowie z reklamówkami, artyści oraz publicyści podchwytujący temat granicy: okazuje się, że duża część niezwykle głośnych historii związanych z sytuacją na białorusko-polskiej granicy, była zwyczajnie nieprawdziwa i służyła tylko wyłącznie wywołaniu złych emocji przeciw rządzącemu Prawu i Sprawiedliwości.
Jan Maria Rokita kończy swój komentarz tak: ten tekst powinien także wstrząsnąć polską polityką, skoro każda zakłamana bańka informacyjna może pewnego dnia prysnąć za sprawą jednego człowieka, który nie zabił do końca swego dziennikarskiego sumienia.
Natomiast Michał Karnowski w ten sposób: Za cicho o tej sprawie, proszę, poinformujcie innych. Pismo Michnika, w imieniu całego środowiska, przyznało przecież właśnie, iż latami oszukiwało Polaków i świat.
Poinformujcie innych.
No, właśnie. Także panie Ole, Kasie, Gosie i Agnieszki.

Kawiarenka obywatelska zainstalowana w legnickim teatrze jako harcówka aktywistów powoli dogasa. Dawno już nie zapraszano Obywateli na jakąś kawkę z politycznym prądem.
Bo że głównym podaniem Kawiarenki było to właśnie, widziałem od jej początku.
A dzisiaj okazuje się oto, że w tamtej propozycji o granicach przyzwoitości (wciąż do obejrzenia na YT) podsuwano dragi.

Tytułów wspomnianych publikacji internetowych nie zamieszczam, łatwo je znaleźć, gdyby przyszła komuś ochota na lekturę.
Gorzej z artykułem Małgorzaty Tomczak. Zdaje się, że tylko na papierze.
Ale kto (oprócz biblioteki) przechowuje Gazetę Wyborczą?

Są jakieś granice.

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię