Diuna – po seansie

0
1467

Obejrzałem Diunę nakłoniony przez syna. Jak zwykle. Przebudzenie mocy, potem ten Mandalorianin z baby-Yodą.


Teraz to. Najpierw męczyłem się z reklamami. W końcu po 25 minutach zaczęło się.
Obraz jest niezwykły i rozpostarcie posiada, nie powiem, ale zaczynam podejrzewać, że jestem starszym panem, który nie powinien oglądać takich rzeczy.Kiedy ma się taki pesel jak mój, kino, bywa – staje się zabawą trochę inną niż zakładają to intencje twórców.

No bo takTen jeden to już był na wszelkie sposoby od Gilgamesza poczynając. Zbawca: Ged, Mahdi, Nowa nadzieja – Skywalker, Wiedźmin, Iniemamocny, Wybraniec, Rey, James Bond, Ethan Hunt, Frodo, Shrek, i Harry Potter w wersji dla młodszych. Jest ich więcej, ale i ten szereg krótki nie jest. Potem idzie ciemiężca – Matrix, Sami wiecie kto, Imperator w rozmaitych wersjach, Sauron i tak dalej, i tak dalej. Czasem pojawia się zwyrodniały namiestnik – Vader, Kylo Ren, Baron lub samorzutny stronnik – Smaug.
Dalej jest za górami za lasami czyli w odległej galaktyce, w Matrixie, Międzymorzu, Duloc wita was…, i temu podobnie (wydaje się, że w Diunie czarowanie widokami pustyni, choć jest ona zupełnie niepojęta, po Bertoluccim (Sheltering sky) i setkach dokumentów z NatGeo – nie wychodzi przez ten cholerny pesel!).
Konieczne jest, żeby bohater miał widzenia, sny, koszmary z przeszłości i przyszłości, bo wtedy poznamy egzotykę krain, planet, światów, w które będzie musiał nieodwołalnie się udać, aby wyzwolić i uratować dom albo cały kosmos. Czasem zobaczymy niezwykłej urody dziewczynę w tych widziadłach, którą On musi pokochać wbrew całemu wszechświatowi. Ale od czego są Moce, głębiny samego siebie (wiara?), Języki, Pierścienie i Różdżki, a wersji techno – niebywałe instrumentarium Bonda czy Hunta schowane w zegarku, pierścionku, skrytce samochodu lub po prostu – w kieszeni?
Dalej jest intryga – tajny zakon, infiltracja i dyskretny dozór przechodzący w końcu w otwarte sprzyjanie jednym, a tym samym jawną wrogość wobec tych drugich. Czyli wołająca o pomstę – niesprawiedliwość i wzrastanie zła. Stąd też konieczna jest jakaś złu niedostępna i hermetyczna wiedza i wtajemniczenie, inicjacja. Wybraniec musi się obudzić, zdecydować. Ktoś powinien nim potrząsnąć, żeby zdał sobie sprawę, że siedzenie w norce pod wzgórzem jest zgubne i do zatraty świata przywieść może. Trzeba wybrać tabletkę: niebieską albo czerwoną. Więc są wtajemniczeni i wtajemniczają Wybrańca: Yoda, Gandalf, Dumbledore, lady Jessica, konkubina Atrydy (i tak dalej) i dlatego On musi przejść próbę lub wiele prób. Oczywiście, zwycięsko w końcu. Oczywiście.
Innymi słowy – to wszystko już było na tak wiele sposobów, w tak wielu kostiumach i okolicznościach przyrody, że każdy kolejny obraz ogląda się jako następną, i pewnie nie ostatnią – układankę znanych już klocków.

Opowieść o rzeczywistej rzeczywistości ma kształty podobne do wspomnianych powyżej historii.
Jest więc Wybraniec. Przybywa, aby zwalczyć ZŁO. Jest też Mentor (jak dotąd) bez Imperium, który wspiera Wybrańca. Oraz ziemia obiecana, w jaką Wybraniec ma poprowadzić społeczeństwo wybrane. Ziemia obiecana dopiero ma stać się obszarem Imperium i to jest, zdaje się – cel Wybrańca. Tu, podobnie do Diuny Herberta także idzie o zdobycie przez formujące się Imperium możliwości eksploatacji ziemi obiecanej wbrew woli albo przynajmniej przy ograniczonej kontroli ze strony mieszkańców tej ziemi. Społeczeństwo wybrane ma jednak, odmiennie od mieszkańców Arrakis z filmu – nieco nieokreślony profil, bo z jednej strony Wybraniec chce się na nim oprzeć jako świadomej i wiedzącej, czego chce sile, z drugiej zaś Mentor Wybrańca, swego rodzaju Imperator (choć na razie, jako się rzekło – bez Imperium) – jest adresatem wezwań do aktywności, porzucenia bezczynnego przyglądania się, oswajania (niektórzy używają słowa: tresura) społeczności wybranej. Nie do końca jest więc jasne, czym w planach Wybrańca jest społeczeństwo wybrane i czy działa on dla jego wyzwolenia i dobra czy podporządkowania Mentorowi – Imperatorowi (na razie) bez Imperium.
Jest, oczywiście, w tej historii także tajny zakon, który przypisuje sobie władzę kontroli i ostatecznego dozoru. Na jego nie do końca jawnych spotkaniach łopoce proporzec z inskrypcją KASTA malowaną sympatycznym tuszem.
Jest również instrumentarium, którego działanie może zmieniać, przekształcać, podnosić, zaś brak – spychać do dalszych szeregów, spowalniać, odbierać zdolność działania.
Ma ono kryptonim C.A.S.H. a w rodzimym języku F.O.R.S.A.
Jakie to wszystko przewidywalne i jasne.
Ta opowieść też dłuży się i nuży, jak zbudowana z ogranych motywów fabuła. Mało jest oryginalna i miejscami trywialna.
Uderza przy tym, że za wybrańcami wspomnianymi na początku tego tekstu stała zwykle słuszność i, jak w każdej bajce – zwyciężała sprawiedliwość.
Teraz zaś Wybraniec, jego Mentor, namiestnicy i utajone loże także mówią o sprawiedliwości, ale zwijają przy tym palce w pięści aż trzeszczą stawy i mówią przez silnie zaciśnięte zęby.
Takie historie są niewiarygodne.

Film ma dobre recenzje. Jest nowiutki, choć książka powstała dawno (1965); Frank Herbert mieszał pięknie i – z umiarem, to wszystko, co dzisiaj dostajemy w Diunie Denisa Villeneuve.
Warto pójść do kina, choćby po to, aby zafundować sobie odtrutkę na tę pokraczną wtórność, jaką proponuje obecnie ten zmyślony Sami-Wiecie-Kto.

Adam Kowalczyk

 

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię