Czar

0
1010

Wowa, Sasza, Żora i Pantalejmon. I ich żony – oczywiście. Chociaż nie zawsze z żonami. Jakże zbliżyliśmy się do nich! I oni do nas, rzecz jasna. Te konfiety i telewizory oraz urządzane na praznik i bez okoliczności spotkania przy ognisku lub mecze piłkarskie. Tam w Lasku lub gdzieś pod stalową bramą z wielkimi czerwonymi gwiazdami, która zamykała ulicę Orzeszkowej w okolicy dzisiejszej legnickiej prokuratury. Zbliżaliśmy się także w sklepiku przy 1-maja. Bardzo! Tam w podwórku, ten pawilon zatłoczony wymieszaną polsko radziecką klientelą stłoczoną w długą kolejkę. Dziwne było kupowanie w ruskim sklepie polskiego masła, którego w naszym nie było.


Sasza, Wowa, Żora. Po prazniku i pikniku rozchodziliśmy się do swoich domów i obowiązków. Stach wracał do gazowni, skąd brał papiery na materiały i zlecenie, i nazajutrz wjeżdżał do Kwadratu, aby wymienić rurę – o koszty i kto płaci nie pytał, bo i po co? Mijał się na ulicy z Żorą, który właśnie niósł jakąś bumażkę i raczej nie starał się afiszować znajomością ze Stachem. Dyskretnie dawał znaki dłonią i szeptał: Nie nada – jakiś spięty i obcy.
Piotr tymczasem, pracujący w MZBM-ie, był szefem wydziału, który miał w pieczy budynki zamieszkałe przez Rosjan poza Kwadratem. I te przy Marynarskiej, i te z 1-maja i te inne – łatwe do zidentyfikowania po wylepionych gazetami szybach i sznurach taranek schnących w oknach. Popadały w ruinę powoli i nieubłaganie: te wyrwane z zawiasów drzwi, i te obite tynki, i przebijane do piwnic stropy. Szkoda słów – mawiał Piotr. Skala zniszczeń dała się poznać w pełni dopiero, gdy miasto wyprzedawało mienie pojarowskie. Niepojęte, że na piknik i praznik przychodzili tacy naturalni i ogarnięci, żyjąc w takich warunkach… . To znaczy – warunkach, jakie sami sobie stwarzali w zajmowanych lokalach wybijaniem dziur w podłogach, ścianach. To, co pozostawili – nory ogołocone z instalacji, rur, podłóg, klamek, tynków i tak dalej – trudno było zrozumieć, że to właśnie ten Sasza, Wowa, Żora … . Witia Pietruchin mocno to przeżył. Ciupasem wracał do ZSRR.
Przy ognisku w oddaleniu od szpitala w Lasku Złotoryjskim nie bardzo chcieli rozmawiać, czym się zajmują. W końcu, jak by nie było, przybyli tu z wojskiem. Galina sprzedawała bilety w kinie na parterze Domu Oficera, więc nie bardzo miała co ukrywać, ale już Nataszka, żona Saszy ani słowem nie mówiła, co robi w Legnicy. Zresztą o Saszy też milczała, jak zaczarowana. Sasza natomiast, wesoły blondyn, wciąż mówił o łapaniu ryb, wspominał wycieczki łódką po Wołdze i przynosił świetny samogończyk. O nim mówił jak najęty. Chociaż piliśmy też Stoliczną, której nigdy nie brakowało. I śpiewali pięknie. No, pięknie!
Nataszka z Galiną przychodziły czasem do sąsiadki – krawcowej z mojej kamienicy, ale i tam były powściągliwe. Ani o sobie, ani o swoich chłopach nic nie mówiły. Tylko kiecki, płaszcze, szmaty – wszystko. Dziwne, bo nie byli wojskowymi. Przynajmniej nigdy nie widzieliśmy ich w mundurach. Może chodzili po cywilu służbowo? Tego się nie dowiesz.
O ich serdeczności można długo, ale ta jakaś ostrożność, tajemniczość. Te dyskretne znaki – nie nada, nawet czasami udawanie, że się nie znamy, to stawiało trochę pod znakiem zapytania szczerość znajomości. Więc i my tak do końca ze szczerością… .
Chętnie nadstawiali ucha, gdy psioczyliśmy na przejściowe, chwilowe, potakiwali, gdy narzekaliśmy na władzę – w końcu, mając taką samą, mogli co nieco wywnioskować o naszej. Ale jakoś nie narzekali, polewali Stoliczną i słuchali, i milczeli. Kiwali głowami, zgadzali się, machali ręką. I słuchali.
Kiedy mieli odjeżdżać, przyszli na krótko pożegnać się i pomilczeć. Jeszcze przed dziewięćdziesiątym trzecim. Coś im się kończyło, czy zrobili swoje, czy może nie zrobili. Nazad – i tyle.
To, że nie zostawili adresów, wyjaśniło się mocno potem, gdy okazało się, że nie wszyscy mają dokąd wracać i nie wiedzą, gdzie będą mieszkali; urządzane były dla nich jakieś tymczasowe osady gdzieś, jakoś, coś.
Do dzisiaj chyba nie wiemy, tak naprawdę, z kim piliśmy wódkę, graliśmy w piłkę i pływaliśmy na Glinkach.
Co tu robili, kim byli Wowa, Sasza i Pantalejmon z żonami? I Żora też. Obsługiwali szpital, grali w orkiestrze? Tak to zwykle się dzisiaj przedstawia. Oprócz Wowy i Saszy miałem kiedyś sposobność poznać pewnego Hermana, którego brat Günter jakoś znalazł się pod Stalingradem. Był – pielęgniarzem. Oczywiście. Nie – żeby tam strzelał, czy coś takiego. Nic z tych rzeczy! Niczego dziwnego Herman z Günterem nie znajdowali w tym, że jeden z nich, prawdziwy Saksończyk, tam gdzieś nad Wołgą znalazł się w 1942 roku. Wrócił stamtąd, szczęśliwie, ostatnim samolotem już w 1943 roku. Sanitariusz prosty, zwykły sanitariusz.
Nie dostrzegali też niczego dziwnego w tym swoim pobycie w Polsce ani Wowa, ani Sasza, ani rzecz jasna, Żora, o żonach nie wspominając. Ot, byli. W Rokossowskim widzieli szczerego Polaka, a generał pułkownik Dubynin w ich pojęciu bronił Słowian przed zakusami rewizjonistów dyszących nad Renem, aby odwetowo uderzyć i odebrać wyrwane im okrawki ich Heimatu (z wyłączeniem Kaliningradskoj obłasti, oczywiście).

Raz tylko, a może zdawało mi się – widziałem w Legnicy Pantalejmona. Bez Swiet’ki, jak mówiliśmy na jego urodziwą Swietłanę. To było wtedy, gdy w teatrze urządzili ten zjazd z Rosjanami, aby pogadać, jak mówił w ruskiej telewizji dyrektor. Wtedy w tym krzyku, śpiewie, bo pod teatrem było gorąco, zdawało mi się, że wchodzi tam jakoś chyłkiem. I nie razem z profesorami Millerem i Paczkowskim, tylko tak wśród tych zwykłych gości. Starałem się go zawołać, ale i tak by nie usłyszał. Zresztą, może to nie był Pan’tczyk. Po co miałby przyjeżdżać? Nagadaliśmy się, kiedy jeszcze tu mieszkał, choć jakoś tak – bardzo skory do rozmów – to nie był. Głównie słuchał. I milczał.
Jak zaczarowany.

G. Rażdanin

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię