Pełnia

0
410

 

Jest taka nowela Elizy Orzeszkowej zatytułowana Tadeusz. Przykra. O chłopskiej rodzinie, w której przyszedł na świat i dobrze się chował chłopczyk. Ale zapracowana w dworskim ogrodzie matka ani zajęty orką na pańskim polu ojciec nie upilnowali dzieciaka. I ten utonął w dole z wodą. Tekst kończy się obrazem dwu lśnień – z jednej strony bił blask od białych dłoni pani tnącej róże do salonu, z drugiej kapliczka z figurą Matki Boskiej – jaśniejącej jak gwiazda.


Pomiędzy tymi dwoma jasnymi punktami świata noweli zginął malutki Tadeusz.
Świat wyzbyty magii i mocy Hestii nie ocalił go. Ani dwór ochronki nie założył, ani boska opieka chłopca nie ustrzegła, choć matka gorąco się o to modliła. Ani go ptak czy wiewiórka – jak ta z baśni o Czerwonym Kapturku ze ścieżki ku jamie z wodą nie sprowadziła i na kwitnącą łąkę nie wywiodła. Cóż.

Przy krajowej…

…drodze numer… świeżymi kolorami pyszniła się w ostrym lipcowym słońcu reklama popularnego sklepu. Wysoko jak słońce samo. Nieważne jakiego sklepu. Jest takich sporo, nietrudno je dostrzec. Niedawno, nadążając za wprowadzonymi regulacjami postawiono także i tu maszynę do odbioru opakowań po napojach. Kiedy na chwilę zacichał szum jadących krajówką aut, można było na jej poboczu usłyszeć chrzęst miażdżonych butelek. Przy takim automacie młoda mama właśnie wkładała butelki, które wyjmowała z torby i podawała uważnie kontrolująca procedurę córka. Kiedy maszyna zwróciła butelkę, dziewczyna podpowiedziała mamie, że trzeba dmuchnąć do wnętrza. Wiadomo: żeby rozprostować zgnieciony plastik. Bez wiary w powodzenie kobieta odkręciła nakrętkę, dmuchnęła w otwór butelki tak, jakby chciała usunąć pyłek z błyszczącej torebki i po zakręceniu ponownie włożyła butelkę w otwór.
Bez skutku. Córka z powodu zniecierpliwienia mamy nie podjęła wyjaśnień. Upał był niemiłosierny.

Krótką kolejkę…

…do której dołączyłem po szybkich zakupach zamykał barczysty brodacz w szortach i powyciąganym tiszercie oraz rozdeptanych skórzanych sandałach; zegarek na przegubie wskazywał, że nie był to tutejszy ani jakiś przyjezdny abnegat. Budził respekt. W tylnej kieszeni szortów nie miał też smartfona. Na ladzie przed nim stało lokalne piwo, chleb i jakiś gazowany napój w puszce.
Proste zakupy. Widoczna nadzieja na szybki obrót spraw. Pewność.
Ogonek jednak utknął. Bowiem, kiedy przyszło do płacenia, pierwszy w kolejce staruszek stwierdził nagle, że nie ma portfela. Sprzedawczyni zaczęła go uspokajać, indagowała o ostatnie sprawunki, wypytywała o miejsca, w których był tego poranka. Wyglądało na to, że zgubił gdzieś wszystkie swoje pieniądze. Czy podenerwowany, czy speszony zostawił zakupy i wyszedł ze sklepu. Ekspedientka zajęła się kolejną osobą. Stojący przede mną brodacz spokojnie stał, opierając się o barierkę formującą kolejkę przed ladą. Jeszcze te dwie panie, brodacz i ja – policzyłem z nudów.

Kiedy obsłużona kobieta…

…wychodziła ze sklepu, minął ją rozradowany staruszek wymachując portfelem. Okazało się, że wysunął się z kieszeni i leżał na parkingu przed sklepem.
Co za fart, że nikt go nie zobaczył! Fart był podwójny, jak się okazało.
– Tamta pani zapłaciła za pana. Może pan zabrać zakupy. – zakomunikowała kasjerka.
Z niedowierzaniem włożył swoje produkty do reklamówki i wyszedł ze sklepu.
Fajnie – pomyślałem, zaraz ja. Obsługiwanie następnej kobiety szło sprawnie do momentu, w którym okazało się, że na jej paragonie nie został wykazany rabat, jakiego oczekiwała w związku z przystąpieniem do jakiejś rozreklamowanej promocji czy akcji. Poszukiwanie na paragonie pozycji objętej obniżką nie dawało rezultatu przez jakiś czas. Brodacz, chyba podobnie jak ja – oczekujący szybkiego załatwienia sprawunków nagle zdecydowanym ruchem przysunął swoje zakupy bliżej kasjerki. Ruchem znamionującym jakby lekkie zniecierpliwienie. I bez słowa. Po czym ponownie oparł się o barierkę i zastygł w bezruchu. Trudno było jednak nie odnieść wrażenia, że został wytrącony ze stanu swego rodzaju hieratyczności, jaką zdawało mi się dostrzec w jego postawie, kiedy stanąłem za nim. Tymczasem wezwano kierowniczkę sklepu, która po przyjściu wykazała kasjerce i domagającej się wyjaśnień klientce, że rabatu nie będzie i tyle. W argumentację nie chciało mi się wsłuchiwać, bo mimo klimatyzacji nieoczekiwany bezruch kolejki wydawał się nieznośny równie silnie jak upał na zewnątrz.

Kasjerka…

,…wziąwszy w dłoń wyraźnie topniejące lody w zamiarze odniesienia ich do zamrażarki drugą dłonią wprowadzała na kasę jakieś korekty klekocząc klawiaturą. Towarzyszące temu mamrotanie zawiedzionej klientki spowodowało kolejną zmianę w brodaczu. Nieoczekiwanie zmienił pozycję i przestąpił z nogi na nogę. Stojąc przez całe zajście w kontrapoście (że też tyle ustał?) na lewej, przeniósł ciężar ciała na prawą (czy na odwrót – już nie pamiętam). Klientka jednak nie dawała za wygraną i podniosła kolejną wątpliwość – dlaczego mimo kliknięć w komputerze, jej akces do promocji nie został uznany? Kasjerka na chwilę przestała klekotać klawiaturą, a brodacz podobnie jak poprzednio – nieoczekiwanie wparł się dwoma dłońmi w krawędź lady jakby chciał zmiażdżyć nią sklepową i wgnieść ją w stłoczone za jej plecami butelki wysokogatunkowych alkoholi.
Jeju, coś się zdarzy – wystraszyłem się. Byłem bądź co bądź w zasięgu jego muskularnych ramion.
Jednak zamarł w tej pozycji i spokojnie zaproponował – To może ja zapłacę tę różnicę?
Hm, może też i za moje piwo – pomyślałem, ale powstrzymałem się z wypowiedzeniem tych słów.
Rozczarowana klientka podziękowała i zrezygnowała z lodów.
Po uregulowaniu – wyszła. Brodacz wyjął z kieszeni szortów prawdziwy portfel z gotówką i szybko zapłacił za swoje zakupy.
Chyba mu ulżyło, bo odpowiedział uśmiechem na przeprosiny kasjerki za zmarnowany czas.
Kiedy wyszedłem ze sklepu nie zauważyłem go, ani odjeżdżającego samochodu; byłem ciekaw czym jeździ w dzisiejszych czasach taki ktoś bez smartfona i z gotówką w portfelu.

Słonce prażyło…

…niemiłosiernie i lepiej było szybko wracać do domu, bo miało być jeszcze gorzej. Parking pustoszał, droga krajowa numer… szumiała silnikami aut zmierzających nad popularne w tej okolicy jezioro. Ponad nią ginął w białym świetle słońca wyniesiony wysokim pylonem znak firmowy, pod którym ludzie skłonni byli płacić za siebie rachunki, akceptowali utracone z własną stratą drobne korzyści, przepraszali się za nie popełnione winy, pobłażali niezdarności bliskich albo wykazywali się cierpliwością oraz troską o innych.
Lato było w pełni.

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię