Usiadłem sobie do ziemniaków w sobotnie przedpołudnie i, żeby było raźniej, włączyłem telewizor. Obrać kartofli na pięć osób to nie chy-chy; żona zabrała się ze szwagierką porządkować groby i zapowiedziała, że przywiezie gości na obiad – co było robić?
Akurat Tusk Donald przemawiał. Przez chwilą wahałem się, czy by nie włączyć porzuconego w nocy Dancingu w kwaterze Hitlera z 1968 roku (reżyserowanego przez Jana Batorego).
Co za rola Maklakiewicza!
Ale przestawianie telewizji na internet kosztuje mnie wiele nerwów, więc zostało słuchać Tuska. Tym bardziej, że oklejonymi skrobią palcami nie chciałem wyciapać pilota.
Właśnie Tusk Donald zmieniał brand z PO na KO. Pomiędzy kolejnymi chlupnięciami ziemniaków w garnek usłyszałem, że ta nowa marka, pod którą wygrał (rzekomo) ostatnie wybory, jest dla niego szczęśliwa i dlatego łączy się innymi, żeby powtórzyć sukces.
Chlup.
Obrazy pokazywały panów w krawatach (oprócz R. Kropiwnickiego) i eleganckie panie. Drogie okulary i dziwne miny. Ci znani – Kopacz, Sikorski, Trzaskowski kiwali głowami wsłuchani w słowa wodza, ale ci mniej znani, jakoś nie.
Kiedy skupiałem się na ziemniakach, nad widokiem premiera górę brały przypomniane obrazy z Wilczego Szańca, ale nie te śmieszne z chimerycznym przewodnikiem szkolnej wycieczki granym przez Maklakiewicza, tylko dialogi Łukaszewicza z Mają Wodecką.
Urocza, kapryśna, prowokująca, a ten młodzieniec taki denerwująco nudny i rzeczowy. Rower, plany, szkoła, więc nawet nocleg na sianie w stodole z taką laską – sknocił.
Chlup.
Tłumnie zgromadzeni obywatele mieli nieprzeniknione twarze, trudno było wyczytać z nich jakieś emocje. Słuchali, patrzyli.
Wysiadali z autobusów, które przywiozły ich na miejsce, w przekonaniu, że obejrzą coś fascynującego i koniecznego do zobaczenia. Ale dostali to samo, co już znali i słyszeli w poprzednich dniach, miesiącach, latach.
Donald Tusk użył wielokrotnie słowa kraść, Kaczyński, oni – w znaczeniu pisowcy. Były też zgliszcza i gruzy – rzekomo jako pozostałość po rządach PiS. I wspomnienia o Lechu Wałęsie, którego nie uszanowano. Ba, wyśmiewano za słowa o budowaniu drugiej Japonii.
Pamiętam. Pamiętam też słowa o liczeniu głosów wypowiedziane w obecności Lecha Wałęsy, ale tych Tusk Donald nie wspominał.
Chlup.
Obywatele udręczeni tą kulą u nogi, jaką było dla nich wspominanie Hitlera (to przecież tuż po wojnie) zapędzeni przez kaowców swoich zakładów pracy na pracowniczą wycieczkę pod Kętrzyn, nie mieli żadnych szans na uniknięcie tej lekcji. Zamiast pielić grządki w swoich ogródkach, naprawiać ploty, szyć sukienki – musieli wysłuchiwać opisów pól minowych, statystyk mówiących o ilości więźniów, betonu i liczbie strażników i sektorów Wilczego Szańca.
Młody Łukaszewicz jedynie ma przed oczami intrygującą twarz Anki, rozpamiętuje swoje gafy i wpadki, nie włączając się w udawaną celebrę martyrologii. Historia nie była dla niego tak ważna, jak dziewczyna, której nie chciał uwieść i która nie potrafiła uwieść jego. Jego uwodziła przyszłość.
Obywatele już teraz koalicjanci – bombardowani refleksjami Tuska Donalda, mieli twarze podobne do tych spod kiosku z piwem z filmu Batorego. Czekali na koniec. Odklaskać brawa, wsiąść we właściwy autobus – w domu mocno po północy. Szczęście, że zmieniają czas, to da się dłużej pospać.
Chlup.
Myśl Donalda Tuska, że PiS sprzyja Putinowi i pomaga mu rozedrzeć Europę na strzępy kontrowało przypomnienie o wydaniu zgody na niezwykle ścisłą współpracę służb RP ze służbami FR. Jak to możliwe, że ci obywatele w krawatach (oprócz R. Kropiwnickiego) i drogich okularach tak bardzo o tym nie wiedzą? Trudne do pojęcia.
Przyszłość miała być twórcza, wołała, otwierała możliwości. Nawet uwodzicielskie spojrzenia dziewczyny nie były silniejsze od tego, co obiecywała wolność i czas przyszły.
A tu ta zawalidroga, ta przeszłość, te nawroty, próby rozliczenia, szokowania liczbami, które nie mówią nic. Nic.
Jak znów wykazał Tusk Donald – polskość, w jego pojęciu – rzeczywiście jest nienormalnością.
Zagracona urazami i niepowodzeniami pamięć, kompleksy, zanudzanie płytkimi myślami i przytłaczanie wielkimi słowami, brak wizji, sił i woli.
Trudno pojąć, że Zybertowicz i Legutko przegrywają z Jońskim i Sikorskim.
Trzeba to jakość przejść.
Jak obowiązkową wycieczkę na ruiny przeszłości, o której chciałoby się zapomnieć.
O.Bywatel




![„DOM PUBLICZNY OGNISKO”- Variété, Kabaret, Wesołe melodie [red: tekst tylko dla dorosłych]](https://www.gazetapiastowska.pl/wp-content/uploads/2026/03/1-2-218x150.jpg)


























