Chyba (?) już można. Dopiero teraz, kiedy jest dawno po spotkaniu z panem szpiegiem i pisarzem at once znajduję chwilę na przypomnienie kilku z poruszanych przez pana S.* kwestii. Mianowicie – głównie, zasad werbunku, które użytecznie sprowadzono do akronimu: MICE.
Co tłumaczy się jako: forsa, ego, środki nacisku i ideologia. Niekoniecznie w tej kolejności, na co nie trzeba kręcić nosem, bo to wszystko jedno, a internet podpowiada, że te cztery filary uznano za skuteczne tak przez KGB, jak i CIA. Czyli i u nich, i u nas.
Otóż pan S. stwierdził tamtego popołudnia, że I z tego MICE, czyli ideology – już nie działa i przyfastrygował do owego spostrzeżenia uwagę, że dzisiejsza, kapitalistyczna jakoby, Rosja nie ma w wywiadowczym instrumentarium ideologicznych haków na ludzi.
Kapitalizmu zdradzić się nie da?
Zapewne miał pan S. na myśli ideologię marskistowso-leninowską, komunistyczną czy też jakiegoś odcienia czerwieni.
Chwilę później…
…stwierdził, że rosyjska agentura siedzi w Polsce od Katarzyny Wielkiej.
Znaczy nieco wcześniej, nim wykluł się na żyznej ruskiej ziemi komunizm – zróbmy jakieś notabene naprędce.
Dzisiaj zapewne też tego towarzystwa niemało w RP siedzi, mimo że Jan Olszewski na żadne tam joint venture na terenie sowieckich koszar się nie zgodził, jak pamiętamy.
Słowem: siedzieli, siedzą i nie zanosi się na to, żeby przestali. A ideologia niekoniecznie im do tego komunistyczna albo proletariacka potrzebna. Jakikolwiek i jakkolwiek car-ojczulek się przedzierzgnie – czy to w biznesmena, czy komsomolca albo inną jaką figurę – ruskim pozostanie i to mu za ideologię całą obstoi.
Tak sobie więc myślę. Czy naprawdę ideologia nie ma znaczenia dla procedury werbowania?
Ideologia nie musi koniecznie oznaczać wyłącznie wywiedzionych z pism Marksa i Engelsa pomysłów na powstanie ludu ziemi, dyktaturę proletariatu czy światowy pochód rewolucji.
Czy nie ma innych?
Wypowiedziane…
…w 2025 roku w Petersburgu zdanie Władimira Władimirowicza: Tam, gdzie stanie stopa rosyjskiego żołnierza, to jest nasze – streszcza nie tyle aktualną politykę wobec Ukrainy, ale przez stulecia podejmowaną przez Moskwę czy Petersburg właśnie ideę rozpychania się i podboju bliższej i dalszej zagranicy.
Nie bardzo chciałoby mi się tu wnikać, jak daleko od idei do ideologii, bo felieton ledwie układam o przebrzmiałym już trochę zdarzeniu na legnickim zamku, a nie artykuł z przypisami; nie chciałbym, żeby mi się notatki zmarnowały o zdarzenia detalach.
Tak więc jakoś pan S. z tą ideologią, według mojego uważania, nieostrożnie się wyraził albo cokolwiek nieściśle. Gdyby dośpiewać tu jeszcze inne frazy z jego wypowiedzi podczas tego spotkania, mimochodem składa się to w szczególną układankę. Nie powiem – całość, oczywiście.
Na przykład to, że IPN popełnił błąd w informacjach o panu S.
IPN – błąd.
Hm.
Albo – urodzony w 1958 roku pan S. bardzo interesował się masakrą w My Lai (znanej też jako masakra w Son My) z 1968 roku. Telewizja polska czy prasa lub polskie radio zapewne w tych latach miały pod ścisłą kontrolą informacje tego rodzaju. I w jedynie słuszny sposób informowano wówczas o amerykańskich imperialistach. Czy możliwe były inne kanały dostarczające wiedzy o wojnie w Wietnamie, z którego obrońcami, jak mówił – solidaryzował się? Radio Wolna Europa? Głos Ameryki? Jaki dostęp miał pan S. do tych innych kanałów? O ile miał. Wtrącający się co rusz eksredaktor Ż. nie próbował tego się dowiedzieć, a szkoda. Sam siedziałem zbyt daleko, żeby wejść w słowo gościowi.
Hm.
Podobnie zaintrygowały…
…mnie słowa o tym, że politycy polscy biegają do jednej ambasady i opowiadają, co się u nas dzieje. Trudno byłoby sobie mi wyobrazić, że jest to ambasada niemiecka, bo po co mieliby tam biegać (ile w tym słowie politowania!), skoro nasz smile-premier ma z bundesrządem takie fantastyczne relacje? To zdanie zapewne dotyczy ambasady, z której rządem nasz smile-premier nie ma fantastycznych relacji, a politycy, których pan S. miał na myśli, jak myślę, są, jakby tu powiedzieć … z naprzeciwka. Prawda?
Jak brzydko – tak biegać. Prawda?
Hm.
Kiedy zaś opowiadał, że szukał pracy i ktoś bliski (rodzina ? – nie zapamiętałem i nie zapisałem, psiakostka!) skierował go do szpitala na Wołoskiej (właśnie tam), włączyłem sobie mapy w smartfonie, żeby ustalić, co to za szpital…. ?
Wiadomo – wszyscy wiedzą, tylko ja nie – naiwniak.
Otóż, bez specjalnego zdziwienia wyczytałem, że to szpital MSWiA. Tak po prostu, się idzie do szpitala resortu – do roboty.
Hm.
Nie czytałem…
…książek pana S. Czasu nie było, cóż. Może zacznę zarekomendowany przez pana S. Cmentarz w Pradze (polubiłem Eco, od kiedy w Literaturze na świecie W. Sadkowski podał pierwsze fragmenty Imienia Róży – kiedy to było?) – Najlepszą powieść szpiegowską.
Ale to spotkanie ze szpiegiem nie spowodowało dreszczy ni emocji.
Zaskoczył mnie za to bas, najgłębszy, jaki słyszałem w życiu. Nawet Paweł Wolak cienko śpiewa przy tym, co posiada pan S.
Ten czas, w którym zbierałem się, żeby spożytkować spisane uwagi ze spotkania w Zamku był mi potrzebny chyba jako antidotum na niejasności i niepewność, jakie uroczo sączyły się w półmroku zamkowej bramy, gdzie odbywało się spotkanie.
Przypomina mi się teraz pewien tekst, chyba z (tfu!) Wyborczej, gdzie kokietowany był generał Czesław Kiszczak. Dziennikarze po sesji Q&A, już jakoś prywatnie zauważyli, że rozmówca nie okazał się potworem, lecz bardzo przyjemnym panem i w ogóle… .
Na co generał Kiszczak odpowiedział: Panowie, myśmy się tego uczyli… .
Hm.
Adam Kowalczyk
* Vincent V. Severski (Włodzimierz Sokołowski), – autor powieści sensacyjnych i emerytowany pułkownik polskiego wywiadu, który spotkał się z legniczanami 27 maja br. na Zamku Piastowskim w Legnicy – przyp. red.






























