To historia jakich wiele… Spisane dla Czytelników Gazety Piastowskiej. Przeczytajcie na spokojnie. Przy kawie, herbacie, zimnym soku owocowym:
Miałam 19 lat, kiedy w moim życiu po raz pierwszy pojawił się alkohol. Tak naprawdę pojawił się w momencie, kiedy wszystko co dobre powinno się zacząć, a zmienił moje życie na bardzo długie lata. Był to czas, kiedy skończyłam szkołę średnią, znalazłam pracę i chyba poczułam się zbyt dorosła, bo mocnym alkoholem postanowiłam uczcić pierwszy miesiąc pracy.
Dzisiaj wiem, że tamten czas był początkiem mojej trudnej historii, bo odkąd jako tamta młoda dziewczyna wzięłam do ręki ten pierwszy kieliszek alkoholu to przez kolejne 27 lat go nie wypuściłam.
Oczywiście…
…na początku tego alkoholu nie było bardzo dużo i nie piłam codziennie, ale normą było picie weekendowe. Dosyć szybko też pojawiło się w moim życiu małżeństwo i rodzicielstwo. Ale ani jedno, ani drugie nie było przeszkodą by sięgać po kieliszek. A wręcz przeciwnie, nieudane małżeństwo i życie z człowiekiem, który na każdym kroku swoim zachowaniem dawał wyraz tego, jak bardzo jestem niewartościową kobietą, żoną i matką dawało mi niejako przyzwolenie na zatapianie smutków…
…w alkoholu
Nie tego, jako młoda kobieta oczekiwałam od życia, a ponieważ alkohol na samym początku dawał mi pewnego rodzaju odskocznię i przynosił ulgę, więc chwytałam się tego coraz częściej. W moim przypadku uzależnienie postępowało bardzo szybko, bo coraz częściej potrzebowałam alkoholu także w tygodniu i bardzo szybko zaczął kierować moim życiem tak bardzo, że nic tak naprawdę nie było ważne. Mimo, że bardzo kochałam i kocham swoich synów, wiem, że byłam mamą, której zwyczajnie obok nich nie było. Pierwszy łyk alkoholu po powrocie z pracy zmieniał wszystko. Obiad ugotowany na szybko i byle jak, albo kanapka zamiast…
Tak naprawdę zgotowałam swoim synom dzieciństwo naznaczone samotnością, niepewnością, lękiem a z czasem też i wstydem. Zamiatałam pod dywan wszystkie ich małe czy duże problemy, lekceważyłam radości i sukcesy, a oni coraz częściej woleli spędzać czas poza domem.
Pozew…
…o rozwód, który wkrótce złożyłam dla wszystkich wokół był dowodem, że zawalczyłam o lepsze życie dla dzieci, ponieważ ze strony ich ojca zaczęła pojawiać się przemoc i agresja w stosunku do chłopców. Ale ja wiem, że zrobiłam to przede wszystkim dla siebie, po to by mieć lepszy komfort picia, nie chować butelek, nie udawać, nie kryć się. Dzisiaj mam tego pełną świadomość, że zrobiłam to przede wszystkim dla siebie. Mimo, że piłam coraz więcej, to przez wszystkie te lata trwałam w przekonaniu, że sobie poradzę, że przecież jestem silna i gdy tylko będę chciała przestać pić to przestanę. Ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna, bo alkohol stał się już przymusem. Każdy dzień był do siebie bardzo podobny, piłam po pracy, odliczając na zegarku o której godzinie mogę wypić ostatniego drinka, żebym była w stanie wstać do pracy. Zaczęły jednak coraz częściej zdarzać się takie poranki, kiedy organizm odmawiał posłuszeństwa i zwyczajnie nie byłam w stanie wstać.
Nawalałam…
…w pracy i w życiu, coraz gorzej wyglądałam i czułam się fatalnie. Alkohol powodował u mnie ogromne lęki, stany depresyjne i poczucie winy, ale zupełnie nie byłam w stanie się z tego uwolnić. Momentem przełomowym, który pokazał mi potęgę tej choroby był atak padaczki w styczniu 2021r. Wydawać by się mogło, że taka sytuacja powinna mnie zatrzymać i dać do myślenia. Niestety, kiedy minął strach i przerażenie, kiedy sen i leki przyniosły chwilową ulgę, pierwsze co zrobiłam zaraz po przebudzeniu to poszłam do sklepu po ogromne ilości alkoholu. Za każdym razem, kiedy wracam myślami do tamtej sytuacji, jestem przerażona, tym w jak silnym uzależnieniu żyłam.
Nawet zagrożenie życia nie było w stanie mnie powstrzymać. Wtedy właśnie rozpoczęłam trwający trzy miesiące ciąg alkoholowy, który dosłownie i w przenośni powalił mnie na dno. Mało jadłam, prawie nie wstawałam z łóżka, czułam się bardzo źle i dzisiaj mam świadomość tego, że coraz bardziej zbliżałam się do tej cienkiej granicy pomiędzy życiem a śmiercią.
Jeden poranek…
…jeden telefon zmienił wszystko. Sytuacja, którą ja dzisiaj postrzegam w kategorii cudu, wydarzyła się 30 marca 2021r., kiedy zaraz po przebudzeniu zadzwoniłam do starszej siostry i powiedziałam tylko tyle ”zawieź mnie na detox”. Dlaczego cud? Bo ja miliony razy odrzucałam wszelką pomoc, nie chciałam słyszeć o leczeniu, o jakimkolwiek wsparciu, aż do tego dnia.
Ten jeden telefon był początkiem nowej drogi i rozpoczął nowy rozdział mojej historii a dzień 31.03.2021r. to dla mnie dzień moich drugich „narodzin”, bo od tego właśnie dnia jestem osobą trzeźwą. Jednak początki nie były łatwe, bo kiedy po 10 dniach opuszczałam oddział Szpitala Psychiatrycznego nie miałam zupełnie pojęcia jak mam żyć.
Głośno mówiłam…
… że moja „przygoda” z alkoholem się zakończyła, ale w głębi serca bardzo się bałam. Bałam się wszystkiego – powrotu do mieszkania, w którym piłam przez ostatnie 27 lat swojego życia, bałam się, tego że będę musiała robić zakupy w osiedlowym sklepie, pod którym jeszcze niedawno stałam o 6.00 nad ranem, by w pośpiechu kupić butelkę alkoholu. Ludzi mijanych na ulicy, czy powrotu do pracy, gdzie po raz ostatni współpracownicy widzieli mnie leżącą na podłodze, kiedy dostałam ataku padaczki. Bardzo dokładnie pamiętam te wszystkie emocje, które towarzyszyły mi wówczas, kiedy opuszczałam szpital. Dzisiaj wiem, że tamten lęk i obawy były czymś zupełnie naturalnym. Już wtedy miałam świadomość, że trochę tego swojego nowego życia będę musiała uczyć się od nowa. Ale też pamiętam, że obok tych obaw, miałam też mocne przeświadczenie, że musi mi się udać.
Jak sobie wtedy radziłam? Chwytałam się rożnych sposobów: książki, podcasty, muzyka, aktywność fizyczna, aplikacja w telefonie i… i tak naprawdę wszystko było jak dawniej. Oprócz tego, że byłam trzeźwa to emocjonalnie nie działo się najlepiej. A kiedy w głowie zaczęła się pojawiać chora tęsknota za alkoholem, wiedziałam, że nie jest dobrze, ale zupełnie nie miałam pomysłu co dalej. Ponieważ wtedy jeszcze nie wiedziałam nawet o istnieniu Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, dlatego to co zadziało się wkrótce uważam za kolejny cud i działanie TEJ, która dzisiaj prowadzi mnie każdego dnia – Siły Wyższej. Mijał dokładnie rok mojej trzeźwości, kiedy całkiem niespodziewanie otrzymałam zaproszenie na sąsiedzką kawę. Brzmi banalnie i nic w tym nadzwyczajnego, ale dla osoby tak wyobcowanej, zamkniętej pomiędzy pracą a pustym mieszkaniem to wcale nie była oczywista sytuacja. I właśnie tam podczas zupełnie luźnej rozmowy, popijając kawę po raz pierwszy w życiu opowiedziałam szczerze i otwarcie o swojej chorobie, obcej tak naprawdę osobie. W odpowiedzi usłyszałam coś, i tu nie mam żadnej wątpliwości, co odmieniło moje życie. Usłyszałam o Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. Przypadek?! Nie sądzę…
Kilka dni później…
…trafiłam na swój pierwszy mityng. Jak było… hmm, z pewnością dziwnie. Nieduża salka, obcy ludzie, na stole świeca, wspólne modlitwy i czytanie Wielkiej Księgi – to wszystko było dla mnie dość zaskakujące. Byłam ogromnie zestresowana i przytłoczona tym nazwijmy to „ceremoniałem” mityngu, którego byłam świadkiem. Chciałam uciekać, ale zanim uciekłam, podszedł do mnie jeden z uczestników i powiedział: „Monika, nie rezygnuj, daj sobie szansę, przyjdź do nas na kolejny mityng”. Tamta kawa u sąsiadki i ten człowiek na mityngu to momenty, które po raz kolejny pokazały mi, że nie jestem sama i jest Ktoś, kto się mną opiekuje. Bo ja rzeczywiście poszłam na drugi mityng i przepadłam w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Ja nawet nie potrafię tego dokładnie nazwać, ale odnalazłam swoje miejsce na ziemi. W ten wspólnotowy świat wchodziłam powoli, oswajałam się z ludźmi, mało mówiłam, za to dużo słuchałam, pewnie niewiele na początku rozumiejąc. Ale nie to było ważne, ważni natomiast byli ludzie i ich doświadczenia, często podobne do moich własnych. W tych wypowiadanych słowach i historiach odnajdywałam siłę i nadzieję. Kiedy pada pytanie, co dała mi wspólnota, ja bardzo często odpowiadam: „wspólnota dała mi ludzi”. To niesamowite być częścią społeczności, która nie oczekując tak naprawdę nic, daje tak wiele. Przyszedł czas, kiedy ja sama zaczęłam dzielić się swoim doświadczeniem i za każdym razem dawało mi to poczucie, że jestem tam potrzebna. To bardzo budujące, kiedy moje własne przeżycia mogą innym przynieść choć odrobinę nadziei, tym bardziej, że nasze historie często są bardzo podobne. Łączy nas przecież wspólny problem – uzależnienie od alkoholu.
Pierwsze kroki w AA stawiałam ostrożnie, trochę niepewnie i bez pośpiechu. Dawniej powiedziałabym pewnie, że kierowałam się intuicją, dzisiaj wiem, że wszystko co wydarzyło się w moim życiu, w tym również pojawienie się w nim Wspólnoty Anonimowych Alkoholików to nie dzieło przypadku czy intuicji. Wierze, że tak być musiało, również po to bym dzisiaj mogła o sobie powiedzieć, że jestem dumna i szczęśliwa. Moje życie wygląda dzisiaj zupełnie inaczej, jestem szczęśliwa, działam we Wspólnocie, uwierzyłam w Siłę Większą ode mnie samej i za to wszystko jestem ogromnie wdzięczna. Ale też nie zapominam, kim jestem i gdzie byłam jeszcze nie tak dawno, przede wszystkim po to by nigdy już tam nie wrócić.
Alkoholiczka Monika































