Fikanie hipostaz

0
583

Kiedy udało mi się ustalić, skąd znam nazwisko profesora Leszka Koczanowicza, co cum grano salis wpisałem w zakończeniu ostatniego felietonu w Piastowskiej, przemknęła gdzieś obok myśl, że macanie szabli i zgłaszanie jakiegoś ale wobec stypendysty Princeton w bądź co bądź – prowincjonalnej gazecie, to ośmieszanie się i słabe jest.

 


Ale myśl tę puściłem wolno i przeszedłem do lektury tekstu, o którym wspominałem wówczas. Znajduje się on w książce profesora zatytułowanej Lęk i olśnienie, jako rozdział Wspomnienia z dzieciństwa w widmowym świecie.
(do przeczytania tutaj: https://rcin.org.pl/dlibra/doccontent?id=203761)

O ile zrozumiałem, widmowość należy rozumieć jako nierzeczywistość, abstrakt, nie-konkret.

Tu profesor Koczanowicz…

…użył fragmentu Ziemi jałowej w jej części drugiej: Miasto nierzeczywiste (Unreal city), co dalej sformułował już po swojemu w ten sposób: ”Czuło się, że miasto (Legnica – p. aut.) jest dekoracją, wielkim filmowym planem(…)”.

Kolejne części tekstu zapełniają dowody widmowości miasta. Ale składowe dyskursu– przykłady, przywołane sytuacje, cytaty niekoniecznie robią wrażenie nieodpartych.
Od razu bowiem narzuca się budząca opory tonacja podobna do przyjętej w tekście Karoliny Kuszyk „Poniemieckie”. Jakiś taki nieco masochistyczny autorewizjonizm, spojrzenie, które bliskie jest perspektywie wypędzonych od Eriki Steinbach lub jakoś tego gustu.
Dalej, w związku z tym, co zresztą zostało wywołane wprost przez posłużenie się i zakwestionowanie zarazem pojęcia postkolonializm – kolizja stanowisk Evy Thompson i jej rozumienia kolonizowania i koncepcjami jej adwersarzy, w tym profesora Koczanowicza, którzy zadowalali się lżejszym i gładszym pojęciem uzależnienia. Kolizja, z której wywód profesora Koczanowicza wychodzi z uszczerbkiem.

Z kolei…

…majstrowanie w koncepcji eksperymentu Poppera, od którego rozpoczyna się tekst.
Majstrowanie bulwersujące i niejasne, gdyż profesor Koczanowicz najpierw proponuje tu nieco niewnikliwe posługiwanie się przykładami pojawiania się, a zwłaszcza znikania milionów ludzi. Co pociąga zacieranie różnic albo ich niezaznaczanie – między tymi, którzy sami uznali się za Niemców i na mocy postanowień konferencji zwycięzców II wojny światowej zostali zmuszeni do opuszczenia Polski w jej nowych granicach, a takimi jak Polacy wywożeni na wschód w deportacjach zarządzonych na Kremlu. Można odnieść wrażenie, że tekst profesora Koczanowicza nad doświadczeniem tych ostatnich i ich wrażliwością raczej się nie pochyla i bada sytuacje z eksperymentu Poppera jednostronnie i nieściśle. I ten to filozoficzny fundament – eksperyment Karla Poppera, zostaje na koniec eseju zakwestionowany przez profesora Koczanowicza, przy zachowaniu jednak wniosków z przejętych z eksperymentu założeń.
Bardzo niejasne jest także wprowadzenie do rozważań przykładu bolesławieckiego pomnika Kutuzowa z, wydaje się – nietrafioną interpretacją faktów i zdarzeń – defilady zarządzonej przez marszałka Koniewa oraz stwierdzenia dotyczące serca księcia smoleńskiego – Michała Kutuzowa.
I tak, by pozostać przy tym ostatnim, w związku z podkreśloną w eseju ironią historii, w której rzekomo wszystko powtarza się dwa razy, „Rosjanie” z Legnicy oraz Rosjanie w Bolesławcu to dwa, wydaje się, zupełnie różne zdarzenia. Fakt wejścia Armii Czerwonej i pozostawania jej w Legnicy i w Polsce w charakterze okupanta, nazwany używanym przez apostołów dialogu, lecz wyjaławiającym kompletnie grozę zdarzenia słowem obecność, jest z gruntu inny niźli przejście przez Bolesławiec wojsk carskich wypierających Napoleona z Rosji. Również z pomnikiem jest inaczej, bowiem legnicki Pomnik Wdzięczności (chociaż ta nazwa w eseju profesora Koczanowicza nie pada) to manifestacja kolonizatora zawłaszczającego навсегда zdobyte ziemie. Natomiast pomnik wystawiony Kutuzowowi pierwotnie…

w Rynku bolesławieckim…

przez pruskiego króla Fryderyka Wilhelma III – po wygaśnięciu doraźnego antynapoleońskiego sojuszu i sporze z Rosją z lat 70/80 XIX wieku został wyekspediowany poza centrum miasta, gdzie stoi do dzisiaj. Co ciekawe – Koniewowi nie przeszkadzały niemieckie napisy na pruskim obelisku, podobnie jak później sowieckim komunistom ustawienie na warcie przed grobem Kutuzowa na cmentarzu wojennym w Bolesławcu naprzeciw figury proletariackiego czerwonoarmiejca – figury carskiego jegra.
W rozdziale czwartym eseju zatytułowanym Ludzie, którzy zniknęli i którzy zostali profesor Koczanowicz zamieścił część refleksji dotyczących znikniętych, lecz obecnych jakoby na Dolnym Śląsku symbolicznie Rosjan (kontinuum obecności).
Ale nie symboliczne kontinuum obecności żołnierzy na tych ziemiach materializuje się w pomnikach (także pomnikach tzw. wdzięczności) i cmentarnych obeliskach w postaci kolumn z utrąconą głowicą, lecz głoszenie chwały rosyjskiej ekspansji i kult siły imperium.
Półgębkiem wspomniana w eseju profesor Eva Thompson pisała o rosyjskim zafascynowaniu siłą swojej armii oraz agresywnych pretensjach, które Rosja demonstruje w stosunku do słabszych sąsiadów. Nieustająco – trzeba to podkreślać.
I jeszcze, w związku z tym bolesławieckim przykładem – legenda o pochowaniu serca Kutuzowa w Bolesławcu nie była fałszywą, jak pisze profesor Koczanowicz. Nie była też legendą – kuty w piaskowcowej płycie napis głosi: Tu spoczywa serce marszałka Kutuzowa.
Jeśli w tym napisie tkwi fałsz, to był on zaprojektowany, był mistyfikacją. Ku chwale imperium, oczywiście.
W tym samym rozdziale pojawia się najtrudniejszy do zaakceptowania i mocno osobliwy fragment o automatycznym jakoby działaniu polityki:
Pstryk i miliony ludzi opuszczają swe od wieków zamieszkałe miejsca, kolejny pstryk i zaczynają życie w innych, niewyobrażalnych wcześniej okolicznościach. Rosjanie (…) przybyli i zniknęli na mocy tej logiki działania automatu.


Najpierw…

…więc to przybyli i dalej – zniknęli. Język opisujący wkraczanie i brutalne oraz bezwzględne zajmowanie ziem polskich i dawnej Rzeszy, gdzie polscy komuniści instalowali powojenną Polskę, posługuje się słownictwem nieadekwatnym, nieoddającym wszystkich strasznych następstw: przybycia, obecności, istnienia. Takie eufemistyczne ujęcia wypłukują z indywidualnych historii niepojęte tragedie, zasłaniają okropności i zło, za które odpowiedzialność powinna spadać nie na politykę, lecz konkretnych ludzi. Dlatego, wśród innych powodów, z Placu Słowiańskiego w Legnicy musiał być bezwzględnie usunięty pomnik rzekomej wdzięczności przyozdobiony wizerunkiem Józefa Stalina.
Niełatwo opędzić się od myśli, że w ustępie o przerażającym działaniu polityki XX wieku czytamy o znikających z Legnicy Rosjanach, a nie o Polakach masowo wywożonych za Ural, którzy zaczęli życie w innych, niewyobrażalnych wcześniej okolicznościach.
Czytamy natomiast o tych, którzy mieli szczęście wrócić, ale zaczęli doświadczać widmowości, nierealności świata, który nakazano im zająć. Czytamy też o rzekomej konieczności czy potrzebie podjęcia dialogu z duchami tych, których miejsce zmuszeni byli uznać za własny świat.
Wpina tu w swoje rozważania profesor Koczanowicz tekst Mirona Białoszewskiego trochę pokiereszowany i przysposobiony pod myśl o nierzeczywistości, nieciągłości. To Poniemiecka ballada sopocka, której został w przytoczeniu amputowany fragment nadający utworowi charakter refleksji o miażdżących trybach historii. Bez niego wiersz staje się zaledwie historyjką o duchach, jakich niemało. To, że oparty jest na faktach, jak to niejednokrotnie u Mirona – niewiele zmienia. Warto zauważyć, że tekst pozostawał bardzo długo w ineditach. Nie wydaje się też jakoś specjalnie białoszewski, czego można by było się spodziewać.

Ten wycięty

…niezacytowany fragment wydaje się w wierszu Białoszewskiego najważniejszy:

(…)

Nawet struty pies.

Hitlerowski gest –

Orzekł ktoś.

Ktoś inny wniosek zwinął:

Czy wszyscy tak chcieli ginąć?

Może był przymus?

Zagadkowy minus.

Mieszkańcy, Ci powojenni, polscy, żywi,

Pochowali tamtych w ogródku.

Zastanawiają się do dziś

Wieczorami

Nad ich tragedią

I nad strategią

Odruchów ciał i duchów.

Kto tu był medium?

Czy ten na piętrze?

Bo po jego wyprowadzce ucichło.

Czy ta naprzeciwko?

A może samo się nadawało

I odbierało,

Skoro się takich rzeczy dopuszczało?

Jakieś TO/ONO/COŚ opadło ciała i dusze – jest nad czym się zastanawiać. I to zastanawianie się, myśl o dopuszczaniu się takich rzeczy – ku temu, zdaje się, zmierza wiersz. Pytaniu – jak to wszystko było możliwe? I nie o duchy przecież idzie, jak sądzę.
Na początku eseju, miejscu każdego tekstu ważnym, pojawia się Karl Popper i jego propozycja eksperymentu:

Wszystkie maszyny i narzędzia uległy destrukcji, jak również nasza wiedza subiektywna wraz z subiektywną wiedzą o maszynach i narzędziach oraz metodach posługiwania się nimi. Ale biblioteki oraz nasza umiejętność uczenia się z nich przetrwała. Oczywiście, po wielu cierpieniach odbudowalibyśmy nasz świat.
Po tym przytoczeniu pisze profesor tak:
W takim eksperymencie po II wojnie światowej brały udział miliony ludzi, którzy przybywali na obce tereny i zasiedlali je, mieszając swoje życie z fragmentami życia nieobecnych poprzedników. Stykali się z elementami świata trzeciego ucieleśnionymi w przedmiotach świata pierwszego. Żyli wśród sprzętów i mebli należących do poprzednich gospodarzy tych ziem. Oprócz zabudowań i przedmiotów zostały publiczne i domowe biblioteki z książkami zawierającymi wiedzę. Nowi przybysze mogli też obcować z dziełami sztuki, które zgromadzili ich poprzednicy. Ale odbudować świat można, jak przewidział to filozof, tylko po wielu cierpieniach.
Przybysze, w którym to słowie chce się widzieć raczej Polaków zasiedlających tak zwane Ziemie Odzyskane niż Niemców wyjeżdżających za Odrę i Nysę Łużycką, nie wchodzili przecież do opustoszałych domostw wyzbyci wszelkiej wiedzy o świecie. I nie usiłowali odbudowywać swojego utraconego świata na podstawie wiedzy z pozostawionych bibliotek opustoszałych domostw, jak wolno uważać. Czy nie o tym jest Robinson Cruzoe – nie przygodowa, lecz filozoficzna powiastka, której bohater przeżył i zrekonstruował swój świat dzięki zachowanej wiedzy? Proszę się nie uśmiechać. Założenia eksperymentu Poppera wydają się równie wydumane jak powieść Defoe. Skoro w zagładzie świata zginęło wszystko prócz bibliotek, Robinson za pomocą ułomka noża mógł odtworzyć cywilizację. Why not?

Sam zresztą…

…profesor Koczanowicz pod koniec eseju stwierdził: Przy całym szacunku dla Poppera, nie wydaje mi się, żeby możliwe było odtworzenie zaginionej cywilizacji, nawet gdybyśmy mieli dostęp do wszystkich jej artefaktów.
Ani byłoby możliwe, ani też zasadne, jak się zdaje. Czas, rozwój, postęp, te rzeczy… .
Pomysł Poppera to chyba czyste bajanie. Jakie założenia musiałby przyjąć filozof współcześnie, gdyby musiał uwzględnić istnienie wiedzy zakumulowanej w zasobach AI? To coś więcej niż tylko biblioteki.
Profesor Koczanowicz zasugerował już tak na sam koniec eseju rezygnację z przekonania, że mamy prawo działa

wyłącznie zgodnie z naszymi pragnieniami i przesądami.
Trzeba, czytamy, trochę się posunąć, aby podjąć dialog, w którym nie tracąc swej tożsamości, możemy w jakimś przynajmniej stopniu przesunąć się w kierunku tych, którzy (…) cywilizację tworzyli.
Niejasne? To może inny cytat:
(…) w miarę jak ożywiały się kontakty z Niemcami po 1989 roku. Pojawiały się wspólne inicjatywy, które wiązały ze sobą dwie społeczności połączone miejscem, dla jednej miejscem życia, dla drugiej – pamięci. Opowieści, działania tworzą palimpsest, w którym staramy się odczytać 
kody pamięci miejsca. Może zresztą nie tyle o miejsce chodzi, ale stawką jest zrozumienie Innego, postawienie się w jego sytuacji, zdolność wyobrażenia sobie, że jesteśmy kim innym, pozostając jednoczenie sobą.
Bardzo to wzniosłe. Czemu jednak nie czytamy wezwań, aby to Inni starali się zrozumieć nas? Żeby podejmowali ten trud wyobrażania sobie siebie jako podobnych do nas? Dlaczego nie czytamy nawoływań o empatię wobec nas?

W mojej…

…ulubionej gazecie Wszystko, co najważniejsze, gdzie nie ma zdjęć ani obrazków
(za wyjątkiem rysowanych portretów autorów), przeczytałem ostatnio doskonały tekst
Macieja Świrskiego zatytułowany The Traitor Within Jak Zachód zbudował własnego kata.
W wytłuszczonym ustępie czytamy tak: Profesor, który pisał o zagrożeniu ze strony rosyjskich środków aktywnych, dostawał mniej grantów, mniej zaproszeń na konferencje niż profesor piszący o potrzebie dialogu.
Dialog, tak w ogóle – ma obecnie, ale też od dłuższego czasu – nienajlepszą prasę. Można sądzić.
I zupełnie pod koniec tej rewizji przyszło mi do głowy poszukać jeszcze ideowej wizytówki uniwersytetu Princeton, skąd wrócił i gdzie pracował profesor Koczanowicz. Co tu mamy? Najprostsze rozpoznanie with the little help from AI pokazuje, że to instytucja o profilu liberalno-lewicowym. Ostoja Demokratów (choć w Ivy League uchodzi ponoć, jak piszą internety – za najbardziej konserwatywną uczelnię) i to by się nawet zgadzało. Oficjalne hasło: In the Nation’s Service and the Service of Humanity wzniośle przywołuje ludzkość jako target wysiłków Princeton, co brzmi jakoś tak, jakby mógł powiedzieć pan T. – totalniacko.
Zacytowana zaś już w Piastowskiej definicja polityki według profesora Koczanowicza to dążenie do alternatywnego świata społecznego.
Dość rewolucyjne podejście, nie sądzicie Państwo?
Trzeba by jeszcze tylko ustalić, wobec czego ta
alternatywność?
I w jakim celu?

 

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię