Bohaterowie czasu pandemii (2)

0
1143

Oczywiście, że się bałem, mówi jeden z ochotników. Przekaz w mediach był zdecydowany: „Nowe ognisko zachorowań! Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Legnicy poinformowała o kolejnych zachorowaniach w naszym regionie. Koronawirus szturmuje DPS w Legnickim Polu. Dramat w „Niebieskim Parasolu” w walce z COVID -19, załoga „Niebieskiego Parasola”, gdzie przebywają pensjonariusze z przewlekłymi chorobami, na skraju wytrzymania psychicznego i fizycznego”. Dwie starsze osoby w Chojnowie zmarły, ryzyko było duże, ale strach nie może paraliżować i wykluczać pomoc ludziom, którzy są w potrzebie.

 

Pod parasolem…

Burmistrz i starosta wkraczają jeśli jest potrzeba pomocy, bo przekracza to możliwości zarządcy. Najpierw był problem z brakiem pracowników, groziła ewakuacja placówki, czego samorządowcy chcieli uniknąć. Wojewoda dolnośląski Jarosław Obremski, zresztą pochodzący z Legnicy, pomógł w sprowadzeniu do pracy studentów z Uniwersytetu Medycznego z Wrocławia. Ale gdyby chętnych studentów nie było, zapewne ewakuacja byłaby nieunikniona. Niebezpieczna dla zdrowia podopiecznych „Niebieskiego Parasola” – bo wielu z nich to osoby chore. Za zapewnienie bezpieczeństwa odpowiada zawsze właściciel. Urzędnicy ze Starostwa Powiatowego i Urzędu Miasta Chojnów, burmistrz Jan Serkies, nie mieli jednak wątpliwości, że trzeba pomóc: pacjenci i pracownicy to mieszkańcy gminy, powiatu.

– Przetrwaliśmy tylko dlatego, że byliśmy razem, udało nam się nawzajem sobie pomagać – mówi Małgorzata Sztompke, prezes Dolnośląskiego Stowarzyszenia „Niebieski Parasol”, szefowa Ośrodka Pielęgnacyjno-Rehabilitacyjnego w Chojnowie. – Także na zewnątrz było dużo ludzi, którzy nam pomagali. To byli zwykli mieszkańcy, instytucje jak i władze powiatu, województwa i naszego chojnowskiego samorządu. Dzieci nadesłały nam wiele życzeń, miłych słów, wypieki własne swoje. Pomagali ludzie starsi, byli pracownicy, koleżanki, Pan Kupczyk, radni, Pan Tracz, wydziały zarządzania kryzysowego, Wojska Obrony Terytorialnej, kolega dyrektor z DPS w Legnickim Polu. Wspierano nas słowem, czynem, pieniężnie. Jedną epidemię pamiętam, była to epidemia czarnej ospy, byłam jeszcze dzieckiem. Nawet nie miałam pojęcia ile rzeczy jest potrzebnych aby to przetrwać. Nagle w pewnym momencie okazało się, że nasz zakład nic nie ma i potrzebujemy wszystkiego. Zwykła pościel, materace, woreczki, środki czystości. A nam się wydawało, że jesteśmy dobrze przygotowani na koronawirusa. To, że u nas tak dużo ludzi się zaraziło, to efekt za rzadkich badań, aby można było szybciej wyizolować ludzi w „okienku” epidemiologicznym. Czyli ludzie byli zarażeni, ale jeszcze wynik nie wychodził dodatni. Jak zrobiono testy, to w sumie czekaliśmy osiemnaście dni na wyniki. Wtedy już nie było sensu ich izolować.

Młodzieńcza energia

– Kolejna akcja, którą koordynowała koleżanka, była opieka nad dziećmi medyków, personelu medycznego – mówi Iwo Jarosz. – Gdy udało nam się uporządkować kwestie umów, ubezpieczeń studentów, jak może wyglądać praca z pacjentem w tak zwanym szpitalu białym. Na początek były to triaże, całodobowe zabezpieczenie. Szpitale zaczęły zgłaszać na których oddziałach brakuje konkretnej pomocy. I szybko okazało się, że osoby, które pomagały możemy już liczyć w setkach. Wielkie brawa i ukłony dla Pani dr hab Iwony Bil-Lula z Katedry Analityki Medycznej Uniwersytetu Medycznego, osoby odpowiedzialnej ze strony uczelni za całą akcję wolontariatu. Dzięki niej wszelkie kwestie prawne zostały prawidłowo usystematyzowane. Kolejnymi szpitalami do którego trafili nasi ochotnicy była placówka w Bolesławcu i wrocławski szpital przy Koszarowej. Potem doszliśmy do wniosku, że warto zorganizować grupę do takiej doraźnej, kilkudniowej pomocy w placówkach typu domy pomocy społecznej, gdzie brakuje personelu. Znalazłem kilkunastu chętnych, Urząd Wojewódzki we Wrocławiu pomógł w formalnościach.

Kryzysowo

Starostwo legnickie, zapobiegawczo, wspólnie sanepidem i Wojskami Obrony Terytorialnej uruchomiło badania przesiewowe w swoich jednostkach, DPS w Prząśniku i Legnickim Polu. Profilaktycznie badano pracowników i podopiecznych. Wyszły pierwsze przypadki dodatnie i rozpoczęły się problemy kadrowe.

– Zadania, które spoczywały na „terytorialsach” stacjonujących w Legnicy polegały na wsparciu policji w kontroli osób przebywających na kwarantannie oraz patrolach prewencyjnych – mówi kpt. Renata Mycio. – Wspierali osoby starsze, dokonując zakupów. Do Legnicy trafiło czterdziestu żołnierzy z brygad: świętokrzyskiej, łódzkiej, kujawsko-pomorskiej. Na mocy decyzji Ministra Obrony Narodowej Mariusza Błaszczaka powstały zespoły interwencji kryzysowej, których zadaniem było przede wszystkim pobieranie wymazów, dekontaminacja czyli odkażanie, przywracanie pomieszczeń do stanu pierwotnego jak i transport osób z domów pomocy społecznej do placówek medycznych. Dzięki szybkiej interwencji dyrekcji placówek w Legnickim Polu i Chojnowie, dzięki wsparciu starosty legnickiego, nasze zespoły zostały tam skierowane. Szybka, sprawna, logiczne sposób działania, zapobiegł w rozprzestrzenieniu się koronawirusa.

– Wirus u nas pojawił się w maju – mówi Monika Mikuła z-ca dyrektora DPS w Legnickim Polu. – Dwunastu mieszkańców i dwudziestu pracowników. Pracownicy pozostali w domu, nikt nie ciężko nie zachorował, nikt nie miał objawów, nikt nie przebywał w szpitalu. Z naszych mieszkańców – dwóch przebywało w DPS, pozostałe dziesięć osób pojechało do szpitala na Koszarową we Wrocławiu i do Legnicy. Głównie po to aby ich wyizolować, ponieważ nam na terenie DPS-u trudno zorganizować izolatoria w takiej ilości. Wszyscy z tej dwudziestki mieszkańców przechodzili „covid” bezobjawowo. Nikt nie zmarł. Wszyscy tego wirusa zwalczyli szybko. Po pierwszym rzucie testów, gdy okazało się, że mamy osoby z koronawirusem, pracownicy bardzo się przestraszyli. Część odeszła na zwolnienia, część na opiekę nad dziećmi. Pan Dyrektor Wojtkowiak zadbał by pojawili się ochotnicy i wolontariusze więc opieka była zapewniona.

Podzielić się dobrocią

– Nasza posługa w DPS w Legnickim Polu jawi się jako naturalna konsekwencja naszego stylu życia, naszego charyzmatu, posługi najuboższym, zarażonym, tym którzy potrzebują pomocy podkreśla Brat formator zakonny braci Kapucynów. – Jak tu trafiliśmy? Konferencja Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich w Polsce. W jej ramach jest osoba, która koordynuje działania. Zwrócono się z prośbą do Krakowa aby przyjechać do Legnickiego Pola. Zakonnicy odpowiedzieli pozytywnie. Ucieszyliśmy się, że jest taka możliwość. Naszym głównym zadaniem i misją było towarzyszenie zarówno personelowi jak i mieszkańcom DPS-u, towarzyszenie od strony duchowej i psychicznej. Bo od strony materialnej nie było to doświadczenie krytyczne. Natomiast strona wewnętrzna, przeżywania emocji, tutaj może rzeczywiście była trochę zaniedbana.

– W DPS-ie pracowaliśmy czternaście dni bez przerwy – wspomina Brat Jan. – Każdy z nas na innym oddziale. Pracownicy, na czele z Panem Dyrektorem, przyjęli nas serdecznie. Mnie Pani Oddziałowa oprowadziła po oddziale poznała z pracownikami i mieszkańcami. Opowiedziała jaka jest specyfika, z jakimi problemami się zmagają. Przychodziłem do pracy na ósmą. Zaczynaliśmy od śniadania: karmiliśmy pacjentów, którzy mają trudności z samodzielnym jedzeniem. Potem pomagałem w wywożeniu brudnych ubrań, pościeli, w takim ogarnięciu oddziału. Pomagałem w myciu pacjentów, którzy mieli z tym problem, są niepełnosprawni, leżący. Ciekawym doświadczeniem było to, że pomimo zamknięcia ośrodka (każdy z zespołów był odizolowany od siebie) to w środku staraliśmy się prowadzić normalne życie. Próbowaliśmy, razem z pracownikami, dawać mieszkańcom nadzieję na normalne życie. Zorganizowaliśmy grilla, wszystkich wyprowadziliśmy na zewnątrz przed oddział. Na wózkach przywieźliśmy tych, którzy nie mogą chodzić. Na poduszkach położyliśmy tych, którzy nie byli w stanie nawet siedzieć na wózkach. Z wielką radością rozpaliliśmy wielkiego grilla. Każdy zjadł kiełbaskę, skrzydełko czy co tam było upieczone. Wszyscy z radością wyszli z budynku na świeże powietrze. Pogoda dopisała, przyjemnie było posiedzieć wśród budzącej się do życia czerwcowej zieleni. To była taka namiastka normalności, pomimo tego odizolowania.

Kolejny z Braci Kapucynów, Brat Jerzy, też nie wiedział czego może się spodziewać w Legnickim Polu:

– Do pierwszego dnia miałem obawy, jak ta posługa będzie przebiegać, a jakimi ludźmi będziemy się spotykać, gdzie będziemy mieszkać. No i obawy o siebie, czy sobie poradzę z opieką nad ludźmi niepełnosprawnymi, czy będzie czas na modlitwę, eucharystię, jak będzie wyglądało nasze życie we wspólnocie. Stres minął jak weszliśmy do DPS-u gdy okazało się, że nie jest tak groźnie, tak strasznie jak nam się wydawało. Wręcz przeciwnie. Zostaliśmy miło przywitani przez personeli przez domowników. Była radość gdy zobaczyliśmy, że się przydamy w pracy do której nas skierują. Mieszkańcy byli różni od profesorów do ludzi po podstawówce. Jedna pani jest tam pięćdziesiąt lat, a inni kilka miesięcy. Ich otwartość i życzliwość dla nas bardzo nam pomogła wejść w to środowisko. Dobrze się tam czuliśmy. Szybko uświadomiliśmy sobie w gronie nas, braci zakonników, że to my dużo otrzymujemy od tych ludzi. Widzimy radość, którą mają w sobie, której też potrzebujemy. Ich wrażliwość, ciągły uśmiech, którym nas darzą sprawia, że czerpiemy od nich, przybliżamy się do Pana Boga. Ta praca dużo nam dała: ci ludzie byli nam też potrzebni.

(StarLeg)

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię