Gdybym nadal była stewardessą: Walka z mitami

0
897

Gdyby nadal była „podniebną podręczną” nie dowiedzielibyśmy się o wielu humorystycznych czy jeżących włosy na głowie sytuacjach. Katarzyna Pedersen po dziesięciu latach latania wyfrunęła z zawodu stewardessy i odtajemnicza – dla nas, ciekawych świata czytelników – kulisy tej pracy. W trzecim odcinku serii mamy szansę wziąć udział w obalaniu mitów.

Ostatnio jestem w bojowym nastroju. Po prostu rozsadza mnie ochota do walki! Czy to żyjący we mnie sarmacki duch, czy co innego – nie wiem. Co tu zrobić…? Eureka! Rzucam wyzwanie wszystkim fałszywym wyobrażeniom o pracy stewardessy!

Latająca kelnerka

Najczęściej spotykany mit: stewardessa to latająca kelnerka. A otóż nie. Personel pokładowy w pierwszej kolejności ma dbać o bezpieczeństwo pasażerów na wypadek nagłego problemu natury medycznej, dekompresji, dymu lub pożaru, lądowania na wodzie, lądowania awaryjnego… Można mnożyć scenariusze, kiedy konieczna jest fachowa interwencja wszechstronnie przeszkolonej załogi, na szczęście samolot to nadal najbezpieczniejszy środek transportu i właśnie dlatego podczas ogromnej większości lotów, gdy wszystko idzie jak należy, załoga serwuje Wam kawę i przekąski. Co innego mają do roboty? Ale po mojej powyższej wyliczance nie zacznijcie myśleć o tym, co może pójść źle – zamiast tego, kiedy lecicie, po prostu cieszcie się chwilami na wysokości przelotowej; nie zapominajcie jednak, od czego tak naprawdę są te piękne dziewczyny i przystojni panowie w mundurach.

Kolejne mylne…

… przekonanie pasażerów: stewardessa nie może być mężatką. Tak było w złotej erze lotnictwa cywilnego, jednak tamte czasy już minęły. Dziś stan cywilny nie gra roli ani w procesie rekrutacji, ani w samej pracy – mam tu na myśli europejskich przewoźników oraz inne główne linie, gdyż z pewnością rozmaite kultury i ich narodowi przewoźnicy mogą postępować według swoich specyficznych zasad. Tam, gdzie pracowałam, nie brakowało stewardess-mężatek – ba, zdarzały się nawet małżeństwa łączące ludzi z obu stron drzwi do kokpitu, jeśli wiecie, co mam na myśli. Niemniej pasażerowie, zwłaszcza Francuzi, a wśród nich szczególnie panowie w średnim wieku, często zwracali się do załogi mademoiselle, czyli „panienko.” Jaki był sens tłumaczenia im, że owo urocze stworzenie to tak naprawdę madame?

Nawet…

… nosząc obrączkę na serdecznym palcu ignorowałam więc tę formę i z profesjonalnym uśmiechem pytałam, czy życzą sobie café court czy może café long. Inna rzecz, że w tym zawodzie jest dużo łatwiej młodym ludziom bez zobowiązań. Pamiętam Anissę, pół-Francuzkę i pół-Irlandkę, która nie zagrzała niestety wśród nas zbyt długo miejsca. Anissa miała chłopaka. Zaczęła latać na krótko przed Bożym Narodzeniem i w wigilię wypadł jej dyżur. Pech chciał, że zadzwonili po nią, co oznaczało, że spędzi Święta z dala od ukochanego. Biedaczka nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Odmówiła. Nie minął miesiąc, a Anissy już z nami nie było.

Mit piękności

Założę się, że na dźwięk słowa „stewardessa” większość oczyma wyobraźni widzi długonogą, idealnie zgrabną piękność. Owszem, wiele linii szczyci się pracowniczkami o urodzie znacznie powyżej przeciętnej i jeśli zależy Wam, aby podczas lotu obsługiwały Was istne modelki, wybierzcie linie bliskowschodnie lub azjatyckie. Jeżeli zaś chodzi o Europę, bywa rozmaicie. Nie jestem wysoka, ale z pewnością mam więcej wzrostu niż minimalne 158 cm, wymagane, aby przede wszystkim dosięgnąć do schowka z butlami z tlenem albo gaśnicami. Nigdy nie słyszałam, żeby komukolwiek kazano schudnąć, choć prezentowałyśmy najrozmaitsze typy sylwetek. Na lotnisku Charlesa de Gaulle’a często przechodziliśmy przez kontrolę razem z liniami amerykańskimi – tamte dziewczyny zajmowały dużo więcej miejsca w przejściu niż którakolwiek z nas, a jednak też pracowały. Jak zatem widać, latanie jest, jak to się teraz modnie mówi, ciałopozytywne.

Zapytacie…

… teraz pewnie: A jak jest z tymi językami obcymi, które trzeba znać? Że podstawą jest angielski, każdy zapewne dobrze wie. Ale zaskoczę Was: to często w zupełności wystarczy. Owszem, języki obce się przydają. Nie umiem biegle mówić po niemiecku, ale potrafię całkiem poprawnie czytać i kiedyś musiałam uporać się z długim tekstem powitalnym, napisanym przez organizatora czarterowego lotu, na który zostałam zawołana z dyżuru. Żaden z pozostałych trzech członków załogi nie znał słowa w języku Goethego (cóż, Francuzi…).

Kierowniczka wycieczki…

… i reszta pasażerów była wniebowzięta – dosłownie i w przenośni – kiedy wolno i starannie, szkolną niemczyzną powitałam ich na pokładzie. Znakomita większość moich irlandzkich kolegów i koleżanek mówiła wyłącznie po angielsku. Przypomnę, że City Jet była zarejestrowaną w Irlandii córką Air France i oficjalnym językiem na pokładzie był angielski. Natomiast zdanie wewnętrznego egzaminu z francuskiego, po którym nabierało się uprawnień do czytania ogłoszeń i zwracania się do Francuzów w ich języku, gwarantowało dodatkowe sto euro miesięcznie. Jak myślicie, nauczyłam się? Mais oui!

Czy wyidealizowany wizerunek stewardessy, jaki mieliście przed lekturą mojego artykułu, bardzo ucierpiał? Mam nadzieję, że nie. Wolałabym, żeby nabrał żywszych barw i jeszcze bardziej intrygował, ale przede wszystkim, aby zdobycie tej pracy, kiedy już minie pandemiczny kryzys, przestało zainteresowanym wydawać się czymś graniczącym z cudem. Wszystko jest dla ludzi. Latanie również.

Tekst i ilustracja: Katarzyna Pedersen

 

Udostępnij
Poprzedni artykułWystawy czynne w wakacje
Następny artykułĆwierkanie

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię