O powieści Zofii Kossak i innych sprawach

0
441

Kiedy Anna Zalewska była ministrem oświaty – to było właśnie wtedy, gdy jakiś postempowy nauczyciel z Poznania przebrał się za krowę i ryczał podczas strajku (którego, według Kantaru – 47% ankietowanych nie poparło, a 43% poparło), na jakimś bardzo sejmowym druku numer ileśtam-ileśtam spisano wezwanie, aby na listę lektur szkoły podstawowej pani minister wprowadziła powieść dla dzieci Zofii Kossak-Szczuckiej zatytułowaną Topsy i Lupus.

Pisałem o tym w 2022 roku, w tekście W rocznicę śmierci Zofii Kossak (https://www.gazetapiastowska.pl/kultura/w-rocznice-smierci-zofii-kossak-szczuckiej).

Tak się stało, jak wówczas postulowano i od tamtego czasu aż do dzisiaj, a nawet na rok szkolny 2025/26, przewiduje się czytanie Topsego i Lupusa w powszechniaku. Ciekawe tylko, której wersji – tej pokiereszowanej przez cenzorski aparat PRL czy pierwotnej – z 1931 roku, w której powieść nie była wznawiana długie lata z powodu jej zdecydowanej antysowieckości.
Swoją drogą, w ofercie Empiku wciąż znajduje się ta właśnie haniebnie pocięta wersja z 1968 roku.

Obecnie, wolno dodać, łatwiej być antyrosyjskim (czyli wciąż antysowieckim) pisarzem, twórcą, obywatelem czy politykiem – niż kiedyś. Kiedyś, czyli – za czasów genseków czy niedawnego resetu, gdy chcieliśmy dialogu z Rosją taką jaką ona jest i gdy polskość kojarzona była z nienormalnością.

Gwoli…

…więc przypominania i szczerego hołdowania pisarstwu Zofii Kossak, co najwytrwalej w Legnicy uprawia Marta Chmielewska, i równie żarliwego wypominania kompletnego niezrozumienia Pożogi, czym wykazał się onegdaj emerytowany oficer-gawędziarz, pozwalam sobie wskazać Czytelnikom Piastowskiej inną jeszcze książkę autorki Topsego i Lupusa oraz Legnickiego Pola. Zdecydowanie, moim zdaniem, bardziej antyrosyjską czy raczej, odrzućmy język cenzorów z Mysiej – antysowiecką, niźli książka o mówiącym psie i jego niezwykłych przygodach.

To Ku swoim – powieść dla młodzieży z 1931 roku.

Trzeba powiedzieć…

…od razu, że anty- nie polega tu w żadnej mierze na jakiejś trywialnej agitacji, karykaturowaniu postaci albo wykoślawionych i odstręczających wizerunkach bohaterów. Tego Pani Zofia nie zrobiłaby nigdy swoim młodym czytelnikom, żeby potraktować ich jakby byli nierozgarnięci. Świadczą o tym jej książki – od Kacperka poczynając.
Wyraża się natomiast to anty- i w postawach, i motywacjach, układzie zdarzeń, tłach akcji, obrazach świata i języku, i tkwiących w nim pojęciach – tak bohaterów jak i narratora, który, skądinąd, specjalnie nie narzuca się ze swoimi ocenami.

Nie może być inaczej – autorka, której głos silnie pobrzmiewa w opowiadaniu – zna Sowiety, widziała zagładę swojego domu i świata sprowadzoną ze wschodu na Kresy przez agitatorów i komisarzy, którzy instalowali nowy sowiecki porządek w tak zwanej Zachodniej Ukrainie.
Wie, o czym pisze, bo przeszła przez zgliszcza kresowej Rzeczpospolitej, doświadczyła strachu i poniżenia, i przyglądała się ludziom i zdarzeniom z bardzo bliska.
Historia jest prosta, a książeczka niewielka, ale jest w niej prawda o ludziach i czasie.
Pani Turska, Polka, która chce ocalić swoich troje dzieci przed niesionym z rewolucją nihilizmem, decyduje się opuścić rodzinne strony i przez zieloną granicę dostać się do Polski. Rodzinne strony – to znaczy pobliże swojego zrujnowanego doszczętnie dworu – miejsca, w którym żyła, odchowała dzieci, owdowiała i trwała dorabiając szyciem i lekarskimi poradami wśród okolicznych.

Tych, którzy splądrowali i zniszczyli jej pański dom.

Impulsem do podjęcia…

…szalonej i niebezpiecznej podróży ku swoim jest stan bliski kompletnej demoralizacji jej starszego syna, który pod wpływem komsomolskich agitacji okrada cerkiew.
Przemierzająca ziemie Wołynia rodzina ogląda nadzwyczajną nędzę i zdziczenie zastraszanych i przymuszanych ludzi. Ogląda cofające się cywilizacyjnie wsie i miasteczka, zanik obyczaju, panoszące się wszędzie pijaństwo, korupcję, kradzieże i samowolę władzy.
Cała podróż to ogromne ryzyko. Utraty życia, utraty dzieci, które czekałby marny los pod komsomolskim dozorem, ewentualnie jeszcze gorsza dola bezprizornych, których obraz również jest w powieści uchwycony. Utraty także pochowanych w łachmanach resztek rodowych precjozów, umożliwiających przedsięwzięcie. Jest w związku z tym niemało napięć i momentów bardzo ekscytujących. Pisarka potrafi je znakomicie budować, ale i folgować.
Tak jest, gdy wędrowcy znajdują w polu starodawny kurhan zamieszkały przez bywszego profesora historii. Który za chleb udziela podróżnym schronienia. Za chleb i dobrą, bo rzadką kompanię – bywszy profesor i bywsza pamieszczyca.

Profesor ten twierdzi, że kurhan, który niegdyś odkrył i opisał w naukowych czasopismach, a teraz zamieszkuje latem (zimą to niemożliwe) – jest śladem kultury kampińskiej (ok. 7500 p.n.e.).

To jest zachodniej, nazwanej tak od znalezisk spod Campigny w Normandii.
Kiedy profesor Eva Thompson promowała wydaną po polsku swoją książkę Zrozumieć Rosję
w 2019 roku w siedzibie Teologii Politycznej, zauważyła, że koncepcja głosząca jakoby Rosja jest wytworem kultury turańskiej (pomysł F. Konecznego – chyba nie do końca martwy i wciąż rozpatrywany) – nie może podobać się współczesnym Rosjanom. Podobnie jak wyrafinowani Anglicy podobno nie są zdolni do zaakceptowania idei, że prymitywni Piktowie mieliby być ich przodkami.

Ciekawe, czy pomysł Zofii Kossak, że kresy drugiej Rzeczpospolitej, Wołyń ówczesny – zasiedlały onegdaj ludy obecnej północnej Francji byłby bardziej – czy mniej obrazoburczy niż koncepcja turańska czy syberyjska (szamańska)?
W każdym razie z powodu tego kampińskiego kurhanu powstaje odnarratorska refleksja o powstaniu, rozkwicie i upadku kultury kraju, w którym domami żywych ludzi stają się groby.

To niezwykle…

…silny obraz. Nawet bardziej niż epizod z Kozakami przestrzeliwującymi drewniane przepierzenie, za którym kryją się podróżni.

Jest też ziarnko komizmu. Związanego postacią Żyda. W Topsym i Lupusie też był – lokalny Sherlock, dzięki któremu udało się połączyć kropki i odnaleźć Topsego. Tu – przypomina trochę Szymszela z Kurzy z Nocy i dni Marii Dąbrowskiej. Handełes Icek Silbermann rozpoznaje panią Turską, u której męża kupował bydło w latach świetności dworu w Kosobówce; ofiaruje pomoc i nie zawodzi. Granica już blisko.
Oprócz prowadzenia opowieści o zdarzeniach jest w Ku swoim sporo obserwacji ówczesnych Sowietów. Droga na zachód prowadzi uciekinierów wzdłuż torów, lecz pomału nasypy kolejowe stają się płaskie, puste. Jedynie resztki podkładów i pordzewiałych zwrotnic świadczą o dawnej linii kolejowej, a place porosłe zielskiem znaczą miejsca, gdzie były stacje. Szyny zabrano do napraw torów łączących Moskwę z Leningradem. Telegraficzne zaś słupy i ściany budynków zniknęły porąbane na opał. Tak samo zresztą jak przydrożne krzyże.
Podobną tym zanikającym torowiskom drogę donikąd, ślad dawnych czasów, widać dzisiaj spod paulińskiego klasztoru we Włodawie ze wzniesienia nad Bugiem. Niepotrzebna od lat nikomu przecinka jeszcze do teraz nie zabliźniła się gęstym lasem, a widoczna dalej Tomaszewka była najbliższą miastu wsią po tamtej stronie rzeki.
Był więc droga. Był i most… .
Są w powieści charaktery, jest miejsce na nerwy i zadumę, jest akcja i wyraziste postacie.

Żadnego fantazjowania czy eksperymentowania z formą lub modnych figur.

Skrojona jak należy historia.

Może język…

…ziemiańskich, pańskich dzieci, chowanych troskliwie w domu, który latami był polski, dzisiaj mógłby onieśmielać czy trochę śmieszyć ósmoklasistów, ale chyba nie bardziej niż polszczyzna Marcina Borowicza czy Andrzeja Radka, których przygodę z rusyfikatorami (we fragmentach) czyta się w powszechniaku. Albo frazy Cześnika Raptusiewicza i Rejenta Milczka, które dla samego Fredry były historią i brzmiały bardzo po staremu.

Czy należy uważać za złudzenie myśl, że obecne kierownictwo resortu oświecania przyjęłoby jakiś poselski apel na parlamentarnym druku z numerem wypisany, żeby wprowadzić Ku swoim Zofii Kossak do kanonu lektur szkoły podstawowej?

Niekoniecznie pod pretekstem aktualnie dziejących się na wschodzie zdarzeń.

To historia promująca przywiązanie do zasad, polskości (polskość to nienormalność), głosząca niezłomność i dzielność.
Oraz poświęcenie. Jest tu bowiem niezwykłej urody siłaczka – Panna Widzka – nauczycielka, która choć mogłaby wyjechać do Polski, nie opuszcza swoich polskich uczniów. Zostaje w Rosji, aby pracować nad zachowaniem dusz polskich dzieci przed naporem bolszewii.
Taki więc argument do aktualnej ministry może nie trafić.

Gdyby jednak, w myśl myśli polskość to nienormalność, nie zachwycać się powyższymi cnotami, można by podpowiedzieć inne czytanie powieści – jako przestrogi przed rewolucyjnym podejściem do rzeczywistości.
Ostrzeżeniem przed prymitywną społeczną inżynierią, czego symbolem mógłby być projekt powołania związku zawodowego trużenic poła, który ostatecznie w Sowietach jednak nie powstał. Ostrzeżeniem przed promowaniem i wdrażaniem modernizujących idei, które wypalają się szybko i niosą straszliwe spustoszenie, a których symbolem mógłby być Pawlik Morozow.

Przed obłędnymi pomysłami gospodarczymi, których symbolem może być Amu-daria i Morze Aralskie. I tak dalej, i dalej.

Przestrogą przed tym wszystkim, co lęgnie się tam na wschodzie od stuleci.
Ale i to podejście może okazać się nieskuteczne.

Jako więc że omnis trinitas perfecta est, przychodzi do głowy jeszcze pomysł trzeci.

Najmłodszy Turski…

…oto mocno koleguje z tutejszym (czyli Ukraińcem, którego tatuś demolował salony i sypialnie we dworze, w stawie zaś fortepian pański utopił i zegar z kurantem) i czytać go na zratowanych od pożogi książek z domowej własnej biblioteki uczy. Zaś później, nad granicą z Rzeczpospolitą staje z dziecięcym postanowieniem, że wróci i książek do Kosobówki nawiezie, aby lud tamtejszy podnosić. Taka polsko-ukraińska więź, jakże dzisiaj ważna, może mogłaby ministrę oświaty do wprowadzenia Ku swoim do szkolnego kanonu nakłonić. Może.

Niebezpieczeństwo jednak w tej propozycji jest takie, że w tym zapale Janka Turskiego i jego gotowości do edukowania prostoty ukraińskiej doszukać się można jakiejś polskiej fanaberii i kolonialnej wyższości – i, klops – sprawa upaść może.
Trudna rzecz.

Nie takie to numery, jak wspomniana na początku minister Zalewska, wycina właśnie szkole, dziatwie i pedagogom obecne kierownictwo oświecenia społecznego, podczas gdy nauczycielstwo położyło uszy po sobie, zęby zaciska, udaje, że jest klawo i ani myśli protestować jak w 2019 roku, ani niczego nie żąda czy protestuje – ale o tę książkę mogłoby powalczyć. To nauczycielstwo.

To wcale nie wymaga wielkiego charakteru – choć z pewnością nieco większego niż do porykiwania jak udawana rogacizna.
Posłowie, jak wiadomo, zajęci są obecnie czymś zupełnie innym niż wskazywanie młodzieży wzorów.

Zajmuje się za to młodzieżą, jak czytamy, legnicki teatr i proponuje w najnowszej premierze bajanie postapokaliptyczne. Widowisko, jak donoszono u jego początków (wrzesień 2025) oparte jest na książce Bogusia Janiszewskiego (pisarz, nauczyciel, ekspert związany ze środowiskiem edukacji niepublicznej – pobrane z YouTube). Pan Bogusław, który hipokorystyczną formą imienia generuje cały ogrom sympatii, napisał serię książek o tytule sformatowanym jak następuje:
To, o czym dorośli ci nie mówią. Pan Bogusław zachowuje się inaczej niż dorośli i mówi o: konstytucji, klimacie, kosmosie, ekonomii, mózgu, Bogu, sztucznej inteligencji, seksie, emocjach, dojrzewaniu, biznesie, śmieciach, ekonomii, i, oczywiście – o polityce.

To jest podstawa...

…najnowszego spektaklu THM – Córka dyktatora.
Recenzenci piszą właśnie o podawanej młodzieży ze sceny wizji: świat dorosłych to chaos tak zaplątanych intryg, że ostatecznie nie wiadomo, kto rządzi i czego chce.
Albo: polityczne kalkulacje i intrygi, propagandowe zagrywki dla utrzymania władzy, dezinformację, ksenofobię, rozwarstwienie ekonomiczne, alienację dużych grup społecznych, kryzys demokracji, kolonializm i nadmierną eksploatację zasobów planety prowadzącą do degradacji środowiska naturalnego…

Martwią się też recenzenci o to, czy spektakl popchnie ich (młodzież) w stronę demokracji?
Ciekawe. Ale to chyba jest jednak niezupełnie tak jak powyżej, bo zawsze przecież wiadomo, kto rządzi i czego chce. I kryzysy demokracji są produkowane, aby dzielić i rządzić, gdy inaczej się nie da z powodu słabości, a teatralne widowisko dla młodzieży przekonujące, że polityka jest zwykle chaosem, można podejrzewać o to, że jest zaledwie gorączkowym poszukiwaniem uzasadnień dla ostatnich dwu lat postempu, rozwoju, rozliczeń – i tak dalej.
Grzegorz Grecas, który, jak się zdaje – zainicjował działania zmierzające do powstania Córki Dyktatora, już raz wprowadził turbomodernizację na legnicką scenę, wpinając w antyczną Antygonę czarne marsze wku….ionych dziewczyn i zamiast Kreona sadzając na tronie Teb Kreonę (Katarzyna Dworak). To było dziwne i wydawało się silnie doraźne.

Gdyby więc opowieść Zofii Kossak Ku swoim – o dzielności, zdecydowaniu i patriotyzmie w obliczu zagrożenia ze strony realnych agresorów zestawić z wyrażoną z legnickiej sceny troską o planetę, zapałem do rozliczeń kolonialnej przeszłości czy wzywaniem do ochrony osób niebinarnych, to te właśnie zagadnienia muszą, no muszą – wydać się mocno wydumane.
Chyba wolałbym, żeby współczesna młodzież była gotowa do rezygnacji z wygód, pokonywania strachu i znoszenia uciążliwości długotrwałych wypraw ratujących życie i duszę.

Czy to Julia Roberts wygłasza taką kwestię: Dymamy każdą istotę na świecie i myślimy, że będzie dobrze, bo używamy papierowych słomek i jemy kurczaka z wolnego wybiegu (…) ?
W
ydaje się bardzo gorzką prawdą.

Wracając do książki na koniec, gdyby powieść do szkół jednak nie trafiła, do dziatwy – dorośli mogą poczytać tymczasem.

Takiej książki jak Ku swoim żadnym targiem z Mysią nie dałoby się opublikować w prlu tak jak Topsego i Lupusa.

Wydawnictwo LTW wydało ją właśnie na podstawie edycji z 1931 roku i z ilustracjami Karola Kossaka, a znakomitym posłowiem opatrzyła profesor Krystyna Heska-Kwaśniewicz.

Polecam.

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię