Muzyka w Jaworze

0
1073

Jaworskie Koncerty pokoju dobiegły końca. Spotkania z muzyką w Kościele pokoju od kwietnia będą nosiły nazwę Muzyka w cieniu wygasłych wulkanów.

Właściwie to wszystko jedno, jaki szyld będzie zdobił tę imprezę, jeśli utrzyma się poziom koncertów – a to znaczy zapraszanych artystów.

Na pierwszy koncert W cieniu wygasłych wulkanów złożyły się dwie części. Pierwszą wypełniła muzyka na organy i trąbkę. Johann Sebastian Bach, Marc-Antoine Charpentier, Fryderyk Chopin i Georg Friedrich Haendel.

To ta słabsza…

…część spotkania. Pomysł, aby zagrać na organach Preludium As-dur wydawał się nie najlepszy. Podobnie z chorałem Jesus bleibet meine freude z Kantaty BWV 147. Trąbka wzięła tu partię chóru zaś organy trzymały ten niezwykły falujący i zapętlony kunsztownie akompaniament. Czyli zupełnie inaczej niż zwykle, co zdecydowanie nie zrobiło dobrze utworowi. Nuda i nic.

Po czym na scenę, czyli pod ołtarz, weszła Książęca Orkiestra Salonowa pod dyrekcją maestro Jerzego Koska. Muzycy z Filharmonii Sudeckiej grywający w tym składzie na Zamku Książ. Tu było wspaniale.

Znów Bach i zagrana nadzwyczaj subtelnie Aria na strunie G, Divertimento F-dur W.A. Mozarta, Oda do Radości z dziewiątej Beethovena i Gustava Holsta Suita świętego Pawła przypominająca  nasze rodzime brzmienia i podziały zagrana żywiołowo i świetnie.

Muzycy z Wałbrzycha to niewielki, ale zdyscyplinowany i ograny profesjonalny skład, więc koncert zakończył bis i oklaski na stojąco. Było za co.

Jeśli poziom Muzyki w cieniu wygasłych wulkanów wyznaczył ten właśnie zespół, to można wróżyć imprezie sukcesy nie mniejsze niż Koncertom pokoju.

Jedno tylko zadziałało podczas tego koncertu jakoś tak – cudacznie.

Kiedy oto…

…zagrano Beethovena w artystycznym opracowaniu na kameralny zespół, a więc w szczególny dosyć sposób, słuchacze zerwali się z ławek i przez całą Odę stali na baczność. Niby mija właśnie dwadzieścia lat od wstąpienia Polski do UE, ale – bez przesady.

Kościół pokoju jest chrześcijańską świątynią, na występ nie czynili raczej znaku krzyża, a przy wejściu, wyobraźcie Państwo sobie – leżał druk zatytułowany Lista obecności.

Świecko, prywatnie, cywilnie. A z tą listą – jakby urzędowo.

I nagle, jak na komendę, choć nikt nie zakomenderował – to wstawanie. Święto?

Ani ten Beethoven hymnem żadnym nie jest, ani świętością jaką, nikt znaku do powstania nie dawał – a ludność jak zaczarowana!

Mało tego – po zakończeniu Ody odezwały się brawa – jak na koncert przystało.

Choć po jakimkolwiek hymnie ludność – czy na stadionie, czy uroczystościach państwowych – jako żywo, braw nie bije orkiestrze.

A tu wstają, do nut ostatnich sterczą wyprężeni i z koncertu – w kościele ! – W cieniu wygasłych wulkanów robią jakąś polityczną konwencję? Co to miało być? Demonstracja euroentuzjastów? Europa, znaczy – wytresowała tak?

Wieczór…

…był piękny, Jawor trochę pusty, lodów nigdzie kupić, do domu więc wracałem sobie myśląc o tym zdarzeniu: prężenie przy Beethovenie.

Miało być spotkanie ze sztuką, a o mało co – wyszedłby mityng z międzynarodówką, za jaką najwyraźniej uchodzi Oda do radości.

Dobrze, że koncert zakończył się na świętym Pawle. Holst – bardzo ok.

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię