Czytam sobie Poniemieckie

0
1128

W Poniemieckim Karoliny Kuszyk (https://www.gazetapiastowska.pl/kultura/poniemieckie/) w rozdziale zatytułowanym Szaber stoi tak: Szaber nie zaczął się na Ziemiach Odzyskanych. Od początku wojny mieszkania i rzeczy, które jeszcze przed chwilą były czyjeś, mogły stać się niczyje w ciągu trzech dni, dwóch godzin lub pięciu minut.

Czytanie tego rozdziału publikacji trochę peszy. Szaber jako pojęcie o używanym w książce znaczeniu autorka krzyżuje z kradzieżą (jabłek w cudzym sadzie), a w poszukiwaniu źródłosłowu dochodzi (chyba błędnie) do doktora Moritza Schebera mieszkającego w Lipsku w XIX wieku, a dalej – do ogołacania Dolnego Śląska z materiałów budowlanych (cegła, marmury, piaskowce z dolnośląskich pałaców i inne) w okresie, gdy cały naród budował swoją stolicę. Kończy zaś propozycją widzenia szabru jako codziennego okradania prlu przez każdego ze wszystkiego – jako przepoczwarzonej utrwalonej i trwającej grabieży mienia państwowego, firmowego, społecznego. Dokłada też do tego (dwakroć) przytoczenie z dekalogu – o zakazie pożądania rzeczy, które służy jako argument, no, silna sugestia – zepsucia i zakłamania. Polaków.

Mamy to już we krwi, co zostało zasugerowane retorycznymi pytaniami: Kiedy skończył się szaber?

I czy rzeczywiście się skończył?

Nie ma w tym rozdziale Poniemieckiego wzmianek o odnotowanych przez Władysława Kopalińskiego i tzw. słownik warszawski ustaleniach dotyczących znaczenia i pochodzenia szabru.

Wskazanie przez autorkę Poniemieckiego rozpoczęcia szabru na początek wojny jest, zdaje się, niekoniecznie trafione. Bo, według niej zaczął się, gdy do domostw opuszczonych przez uciekających przed nadchodzącą wojną wpadali szabrownicy. Domostw Polski zachodniej i wschodniej.

Tak czy inaczej – w 1939 roku.

Niedawno jednak pokazano w telewizorze ciekawy amerykański dokument dotyczący Zagłady, który na zagadnienie szabru, a w szczególności jego początku, rzuca – nieco inne światło.

Była w tym dokumencie mowa o domach i mieszkaniach opustoszałych w III Rzeszy po aresztowaniach, wywózkach i ucieczkach niemieckich Żydów z Niemiec po dojściu Adolfa Hitlera do władzy. Domach i mieszkaniach zapełnionych mnóstwem dóbr – od drobiazgów – jak sztućce przez ubrania, meble, dzieła sztuki, maszyny do szycia, do fortepianów oraz innych przydatnych i umilających życie przedmiotów.

Co się działo z tym wszystkim w III Rzeszy? Trafiało owo dobro za bezcen w ręce posłusznych, zwykłych coraz bardziej zachwyconych wzrastającym dobrobytem Niemców zanim jeszcze wybuchła wojna i na ziemiach zajmowanej Rzeczpospolitej rozpoczął się szaber w rozumieniu proponowanym przez autorkę Poniemieckiego (już podczas kampanii wrześniowej).

Zachciałoby się więc poczytać jakąś książkę o tym (niewygodnym, zapomnianym i przemilczanym), co działo się tu i ówdzie na świecie, a nie tylko w Polsce, co zwykle opowiada się w związku z odbrązawianiem naszej historii i wykazywaniem wstydliwych jej kart – szmalcownictwo, Jedwabne, Campo di Fiori i tak dalej.

Zachciałoby się poczytać także książki o popolskim wywiezionym do Niemiec. Nie docierają jakoś do Legnickiej Biblioteki przy Piastowskiej takie publikacje, czy nie pisuje się o tym w ogóle? Minister kultury natomiast, wicepremier w rządzie Mateusza Morawieckiego – Piotr Gliński z powodzeniem odzyskujący zrabowane głównie przez Niemców dzieła sztuki przez postempowych publicystów określany jest za to jako osoba o wielkich zasługach w prześladowaniu kultury polskiej. Tak jest.

Chciałoby się poczytać książki także o i tym, co się stało z pozostawionym (czy to odpowiednie słowo?) mieniem Żydów wywożonych do Auschwitz z Europy Zachodniej – Francji, Belgii, Holandii, a zwłaszcza Niemiec (pojawiają się kolejne książki rekomendowane przez LBP – Pożydowskie Agnieszki Dobkiewicz, Land Rafała Różewicza o wysiedleniach Niemców). Pozostawili oni przecież, inaczej niż w Polsce, gdzie było biedniej, bo dorabianie się trwało krócej, tam – w Belgii, Holandii, Niemczech, Francji – masę dóbr. Tam akumulacja majątku biegła nieporównanie dłużej niż w drugiej Rzeczpospolitej. Pozostały wiec ogromne zasoby pożydowskiego. Takiego zachodnioeuropejskiego, mieszczańskiego. Solidnego.
Niemcy (a pewnie i inni Europejczycy) dostali to wszystko bardzo tanio. To, co pozostawało po rzemieślnikach, urzędnikach, paniach domów, żonach lekarzy i prawników, kupców oraz ich dzieciach.

Zaczęli w związku z tym wreszcie wyglądać lepiej niż dotąd, gdy już ubrali się w te pożydowskie palta, suknie a nawet futra. Kiedy już rozsiedli się w tych pożydowskich fotelach, położyli na tych pożydowskich szezlongach popijając z pożydowskich kryształów alkohole, jedząc na pożydowskiej porcelanie sznycle krojone pożydowskimi nożami. Przy pożydowskim stole, na pożydowskim dywanie.

Jak nazwać to, co działo się w III Rzeszy, gdy dobrem ludzi skazanych na Zagładę dzielono się,

z pewnością wśród pomruków zadowolenia z powodu niskich cen podczas sprzedaży tego dobra?Szabrem? Czy nie?

Kiedy opisuje szaber po polsku, zastanawia sposób myślenia autorki.

Pisze tak: W styczniu 1945 roku w Krakowie, stolicy Generalnego Gubernatorstwa, opróżniano ze sprzętów (często pochodzących z bogatszych domów żydowskich) mieszkania, które pozostawiło kilkadziesiąt tysięcy uciekających Niemców.

Skąd ci uciekający Niemcy w Krakowie (oraz innych polskich miastach i miasteczkach) mieli owe sprzęty? Czy zajmując ziemie GG Niemcy wwozili własne wyposażenie mieszkań pociągami z Rzeszy? Z Berlina, Hamburga, Norymbergi, Monachium?

Prosto mówi o tym opowiadanie Zbigniewa Herberta zatytułowane Doktor Klaus nie lubi szczurów: Od początku zachowywał się jak Europejczyk, przeprosił za kłopot, wybrał jeden z naszych pokoi i pół godziny gawędził z ojcem.

Przyszedł, wybrał pokój – i już.

Doktor Klaus – Niemiec, żołnierz w okupowanej Polsce.

Gdyby tak postąpić według artystycznych wzorów, choćby stale realizowanych w THM, że dowolnie traktuje się cudze teksty dla wyrażenia tego, co artyście w duszy gra lub po prostu przychodzi do głowy – można by zakończyć to opowiadanie inaczej niż Herbert.

Dokarmiający Żyda chłopak zostanie za tę pomoc zastrzelony przez doktora Klausa wraz z ojcem i matką, a doktor zajmuje ich mieszkanie wraz z wyposażeniem. Potem ucieka około 1945 roku pozostawiając to mieszkanie i wszystko, co w nim było na pastwę szabrowników. A po uściskach Helmuta Kohla i Tadeusza Mazowieckiego w Krzyżowej przyjeżdża obejrzeć szpital, w którym służył podczas wojny i w lokalnym antykwariacie rozpoznaje i kupuje stół, wokół którego biegał, ćwicząc wieczorami z powodu astmy. Zdobywa stosowne dokumenty i wywozi mebel, który uratował mu zdrowie, nad Ren, którym pływał na wycieczki od dziecka, bowiem pochodzi z Koblenz. Szczególnie pod Lorelei, gdzie ponoć słychać czasem śpiew pięknej czarodziejki, która przywiodła do zguby tylu dobrych Niemców. Koniec.

Czy Niemcy pozbawieni poniemieckiego po 1945 roku nie pozostawili, uciekając, tego, co zastali w opustoszałych po wywiezionych, zamordowanych lub wypędzonych z mieszkań Polakach (także żydowskiej narodowości)? Tego, co zastali i zajęli, to jedno, ale też jest i to, co spakowali i posłali pociągami Deutsche Reichsbahn do Berlina, Hamburga, Lipska, Monachium czy Koblencji.

Czy było to w istocie poniemieckie?

Nie, książka Karoliny Kuszyk nie tego dotyczy, lecz tego, co pozostało po Niemcach zamieszkujących ziemie przeznaczone Polakom do zagospodarowania przez Winstona, Józefa i Franklina – tak zwaną wielką trójkę.

I kiedy przytacza Marcina Zarębę (Wielka trwoga. Polska 1944-1947): przetrącone polskie społeczeństwo miało już za sobą trening w przywłaszczaniu cudzego majątku, to zdaje się, że jest to takie trochę patrzenie jednym okiem. Niewidzenie całości.

Czytam to sobie i odczuwam gorycz takich słów. Ohyda polskiego szabru relacjonowana rzeczowym językiem ma stać się jeszcze okropniejsza, dotkliwsza. Bardziej bolesna.

I jest taka. Tym więcej jednak, że jest starannie wypreparowana – skrupulatnie oddzielona od upaństwowionego i podpartego rasistowską ideologią szabru rozgrywającego się mocno wcześniej w Niemczech rozwiązujących die Judenfrage.

Są w Szabrze i inne przytoczenia, jakby, słabo, usprawiedliwiające proceder. Gdy zauważana jest bieda tych, którym nadarza się okazja, by wziąć cudze, niczyje – dla siebie albo na sprzedaż. Bliskie tego, co pokazywał Żeromski w Rozdzióbią nas kruki i wrony. Gdy trup zamordowanego powstańca jest obdzierany przez chłopa z żelaza i rzemieni, co miało być oskarżeniem odpowiedzialnych za niedolę ludu i jego ciemnotę (czyli niedolę).

Ale ten trop – szabru, dla którego szukane są choćby takie marne uzasadnienia, jest wątły i szybko się wyczerpuje.

Nie znajdujemy w książce Karoliny Kuszyk innego natomiast spojrzenia na szaber. Bo chyba tak by trzeba było nazwać przywiezienie z Dolnego Śląska organów oraz ołtarza do drewnianego kościółka w Wytycznie na Polesiu.

To miejsce ostatniej bitwy oddziałów KOP z Armią Czerwoną w 1939 roku. Przegranej.

Kościół najpierw unicki, potem, po 1863 roku prawosławny – spalony został przez Rosjan podczas

I wojny światowej. Sprowadzona z pobliskiego Michałowa i postawiona na miejscu spalonej cerkwi luterańska świątynia niemieckich kolonistów stała się kościołem katolickim, który po 1945 roku i małej przebudowie doposażono właśnie – poniemieckim (?) ołtarzem (rokoko z ok. poł. XVIII z Dolnego Śląska) i instrumentem organmistrzów z Lądka Zdroju (Landeck) – Josepha i Franza Lux, zbudowanym w 1909 roku dla kościoła w Zalesiu k. Bystrzycy Kłodzkiej i zainstalowanym w wytyckim kościele w 1964 roku.

Wyszabrowanymi?

To pewnie nie jedyny przykład, gdy do odbudowywanych i odżywających po wojnie i okupacji kościołów sprowadzano ocalałe wyposażenie innych świątyń zniszczonych podczas wojny lub, jak te z ziemi kłodzkiej – opustoszałych w wyniku postanowień wspomnianej już wielkiej trójki (a nie z powodu rajdów polskich niemcożerczych hord szabrujących opuszczone domy).

Szczególny zaś charakter tego przykładu bierze się stąd, że posługujący w Zalesiu, skąd wywieziono wspomniane organy, ksiądz Gerhard Franziskus Johannes Hirschfelder, zamęczony w Dachau za niezłomność w posłudze został uznany Męczennikiem Kościoła katolickiego za obronę wiary i człowieczeństwa i beatyfikowany 19 września 2010 roku.

Czy Polacy powinni pobudować nowe domy, fabryki zastawy stołowej i stolarnie, aby zapełnić własne mieszkania własnymi sprzętami, a niemieckiemu pozwolić sczeznąć zamiast szabrować?

Nie doczekalibyśmy się może wówczas cierpkich komentarzy na okoliczność pazerności.

Jeszcze jeden trop Poniemieckiego mocno korci.

Gdy autorka przywołuje mieszkańca Lututowa – pana Czarnucha, który wsparł berlińskie wystawy poświęcone wypędzeniom i wypędzonym – bohatera rozdziału Słoiki.

Trudno nie zauważyć, choć narracyjna swada Karoliny Kuszyk wprost porywa, że ta część książki miejscami stoi na kilku grubych uproszczeniach albo stwierdzeniach niedosprawdzonych.

Pochodzący z Lututowa pan Czarnuch porównuje Wartę z Witnicy z tą z rodzinnych stron.

Warta jednak nie płynie w pobliżu Lututowa.

Najbliżej do Warty w Sieradzu lub Osjakowie – około 40 kilometrów.

Dalej – gdy mówi się, że glinianą chałupę krytą słomą zburzyła w dzień wybuchu wojny (gdy nad ziemię wieluńską nadleciały niemieckie bombowce) bomba lotnicza i nie było do czego wracać

(Przed wojną rodzina mieszkała w jednoizbowej glinianej chałupie krytej słomą). Jak znam Lututów, a trochę znam – o glinianych chałupach w Lututowie nigdy nie słyszałem, ani ich nie widziałem. Lututów stracił prawa miejskie po raz drugi w 1870 roku. Domyślamy się dlaczego. Lokowany w 1406 roku. Naprawdę stare miasteczko. Murowane domy w centrum i przy wszystkich wylotowych drogach.

Trudno uwierzyć w glinianą chałupę w 1939 roku w tym miejscu Polski. A nad Wieluń (na południe od Lututowa) pierwszego września nadleciały samoloty z opolszczyzny, więc nad Lututowem nie leciały.

Z innej strony – do tej glinianej jakoby chałupy przed wojną zachodzili żydowscy handlarze z towarem z amerykańskich paczek. I proponowali matce pana Czarnucha – odkurzacz.

W chałupie pod strzechą.

Naprawdę – trudne do uwierzenia.

Po trzecie: Pan Czarnuch jeszcze w Lututowie bawił się z niemieckimi dziećmi. Wiadomo, że w 1931 roku w Lututowie mieszkało zaledwie trzy ewangelickie rodziny, choć tu właśnie okoliczni ewangelicy mieli dom modlitwy. Ale nazwiska takie jak Kamer czy Witych, choć brzmiące jakby niepolsko nosili szczerzy Polacy. A na lututowskim cmentarzu krzyży z niemieckimi napisami nie ma.

Niemcy w Lututowie pojawili się jako okupanci dopiero w 1939 roku. Nie wierzę panu Czarnuchowi, gdy mówi o Lututowie. I trochę autorce przez to.

Poniemieckie przetłumaczono i wydano w Niemczech pod tytułem: In den Häusern der anderen. Spuren deutscher Vergangenheit in Westpolen, co się tłumaczy na nasze: W domach innych ludzi. Ślady niemieckiej przeszłości w zachodniej Polsce.

Trochę zalatuje dawnym erefenowskim piśmidłem z rubryką Alte Heimat – Stara ojczyzna.

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię