Legenda legnickiego „Moulin Rouge”

0
1567

Pamiętnik historyczny Muzeum Miedzi w Legnicy (1)W powojennej Legnicy nie brakowało restauracji, kawiarni i lokali rozrywkowych. „Ta-joj”, „Wenecja”, „Słodka Dziurka”, „Zacisze”, „Polonia” czy „Adria” – to tylko te najbardziej znane. Żaden z nich jednak nie mógł mierzyć się z popularnością lokalu mieszczącego się w kamienicy przy ul. Grodzkiej 66.

Osławiony i wspominany przez wielu dawnych mieszkańców miasta z wyjątkową estymą „Czerwony Młyn”, bo to o nim właśnie mowa, był zaraz po wojnie prężnie działającym lokalem nocnym, a zarazem wizytówką rozrywkową miasta. W pamięci ówczesnych legniczan zapisał się jako miejsce, gdzie można „(…) było potańczyć i wypić <<sznapsa>>”. Równocześnie słynął z wysokiego poziomu oprawy muzyczno-artystycznej, gdzie każdego dnia miała przygrywać „(…) doborowa orkiestra”.

Narodziny legendy

Twórcą i jednocześnie właścicielem „Czerwonego Młyna” był Józef Hupka, znany wówczas w całym mieście przedsiębiorca, który jak głosiły plotki, miał przed wojną pracować jako kelner w warszawskim „Bristolu” i być tam jednym z ulubieńców samego Józefa Becka. Restaurator udzielał się również na lokalnej scenie politycznej, gdzie przez jakiś czas był aktywnym członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej.

Choć brak informacji, kiedy dokładnie powstał ten lokal, to jednak zachowane źródła wskazują, iż nastąpiło to już w 1945 r. Jak wspomina Franciszek Kryjon, który brał osobiście udział w przejęciu budynku przy ul. Grodzkiej z rąk mieszkających tam Niemców, we wrześniu 1945 r. został on przekazany do dyspozycji J. Hupki. Trzeba odnotować, że owe „przejęcie” skończyło się nieomal strzelaniną, bo za wyrzucanymi stamtąd ludźmi ujął się jeden z radzieckich oficerów (miał mieć romans z mieszkającą tam Niemką). Oprócz tego, warto przywołać ówczesny dziennik „Pionier” (wydanie z dnia 8 IX 1945 r.), gdzie pojawiła się informacja o „<<Moulin Rouge>>, Czerwony Młyn, Kabarett – ul. Burg. (…)”, co jasno wskazuje na lokal przy ul. Grodzkiej („ul. Burg.” to skrót od Burgstrasse, czyli przedwojennej nazwy ul. Grodzkiej; w 1945 r. w mieście funkcjonowały powszechnie niemieckie nazwy ulic).

Francja-elegancja i kankan nad Kaczawą

Jako, iż nazwa restauracji Pana J. Hupki była oczywistym nawiązaniem do słynnego na całym świecie paryskiego kabaretu, zaraz nad wejściem do lokalu, na wysokości pierwszego piętra, wisiała dekoracja przedstawiająca młyn (wiatrak). Wewnątrz czekała na gości owalna sala z kolumnami, dookoła rozstawione były stoliki dla gości, a pośrodku znajdował się parkiet do tańca. Na samym końcu sali zorganizowano estradę dla zespołów muzycznych. Wszystko miało zostać w nim przygotowane z wielką pieczołowitością i lokal miał aż razić swoją wytwornością. Zadbano nawet o to, aby wyjątkowych gości już na progu witała, grana na żywo, uwertura „Lekka Kawaleria”. O całą oprawę muzyczną dbali najlepsi lokalni muzycy, a wśród nich byli np. późniejsi nauczyciele z legnickiej szkoły muzycznej. Występowały w nim także orkiestry – niekiedy nawet dwie jednego wieczoru. Regularnie odbywały się w nim dancingi, popisy słowno-muzyczne, skecze, a nawet wieczory arii operetkowych. Serwowano tu także wykwintne jedzenie.

Był to wówczas najbardziej znany powojenny lokal gastronomiczno-rozrywkowy w Legnicy, gdzie bawiła się ówczesna śmietanka towarzyska miasta. Z jego działalnością wiąże się wiele historii i anegdot. Jedną ze stałych bywalczyń w tym miejscu, miała być żona legnickiego restauratora, która słynęła z tego, iż niejednokrotnie, na zakończenie swoich popisów tanecznych wskakiwała na stół, wykonując kankana.

Nieobliczalny Pan Hupka

Wiele kolorytu nadawał temu miejscu sam właściciel, słynący z jednej strony z gościnności, a z drugiej z rozrzutności i zamiłowania do hazardu. W czasie jednego wieczoru przegrywał z kretesem ogromne sumy zarobionych pieniędzy, a jedną z krążących o nim legend, były jego wyjazdy poza miasto, podczas których potrafił stracić pokaźne sumy pieniędzy w kasynach: „Potrafił oto, ni stąd ni zowąd zgarnąć całodzienny utarg do teczki, wsiąść do taksówki i hajda gdzieś w Polskę. By po paru dniach zadzwonić do domu. <<Słuchaj ‘Kuleczko’ – bo tak pieszczotliwie nazywał swoją małżonkę – jestem tu a tu, w takim a takim lokalu (a często dzwonił z Karpacza lub Szklarskiej Poręby) ale te s…syny nie chcą mnie wypuścić, bo nie mam czym zapłacić rachunku>> i <<Kuleczka>> natychmiast wysyłała umyślnego (najczęściej któregoś z zaufanych pracowników) z gotówką. Zdarzało się wszelako, że i tego zatrzymywano jako zakładnika. Dopiero trzeci wysłaniec ich przywoził”.

Miewał też spore wahania nastrojów, które niejednokrotnie prowadziły nawet do bijatyk i awantur. Warto przytoczyć jeszcze jedną z anegdot: „Pewnego dnia, jesienią 1947 roku, już od rana pan Józef, jakiś nieswój, nie mając z kim wypić, pałętał się po lokalu. Ale zobaczywszy wracających po nocnej służbie strażników przemysłowych, zaprosił ich do środka. Ci, chętnie weszli, rozsiedli się i popijając, słuchali fascynujących gawęd gospodarza. Ten po jakimś czasie, mając dość dotychczasowych, zaczął ich swoim zwyczajem wyrzucać. Jednak zaproszeni unieśli się honorem! Niedoczekanie! Zaczęła się więc lekka przepychanka. W końcu pan Józef zadzwonił po MO. Milicjanci przyszli i usiłowali wylegitymować strażników, ba nawet zabrać im broń! Też coś! Broń pokwitowaną oddać? (…) Tu pana Józefa ruszyło chyba sumienie, coś tam poszeptał z milicjantami i już teraz miał i starych i nowych słuchaczy. Aliści po pół godzinie gospodarzowi znów odbiło i znów postanowił wszystkich wyrzucić. Zaczęła się spora awantura. Zjednoczone siły strażniczo-milicyjne nie zamierzały spełnić żądań <<gościnnego>> gospodarza. Ten więc zadzwonił, tym razem do instytucji zwanej Powiatowym Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego. Po chwili zjawiło się paru smutnawych panów w cywilu. Ich wejście dolało tylko oliwy. Cywile mają legitymować mundurowych. A takiego! W lokalu zaczęły się przewracać stoły i krzesła, ktoś nawet strzelił w zabytkowy żyrandol. Sytuacja jak żywo zaczęła przypominać sceny starego westernu, więc pan Józef zaalarmował oficera dyżurnego Oficerskiej Szkoły KBW (…). No i ci przedni strażnicy młodej polskiej demokracji, niebawem zajechali dwoma ciężarówkami pod <<Czerwony Młyn>>. Błyskawicznie, jak na pokazowych ćwiczeniach, wyskoczyli spod plandek, wpadli do środka, zgarnęli wszystkich bez wyjątku i zawieźli do garnizonowego w koszarach przy ul. Długiej (…). Rzecz jasna bez pana Józefa, który w podobnych sytuacjach zwykł bezpiecznie przeczekiwać w kryjówce pod szynkwasem…”.

Koniec

Okres prosperity dla takiego typu interesów bardzo szybko jednak minął. Coraz większy ucisk prywatnej inicjatywy ze strony komunistów sprawił, że również „Czerwony Młyn” zniknął z mapy miasta. Według odręcznej notatki, odnotowanej w „Rejestrze zlikwidowanych przedsiębiorstw handlowych branży restauracyjno-cukierniczej” za lata 1949-1950, nastąpiło to dokładnie z dniem 01 stycznia 1950 r.

Marek Żak – historyk, pracownik Muzeum Miedzi w Legnicy

Udostępnij
Poprzedni artykułDaukszewicz w Kunicach
Następny artykuł70 lat temu…

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię