Twórczość

0
506

To mógłby być – ja wiem? – tekst o ambitnym człowieku, któremu zamarzyła się kariera literata. Dramaturga – dokładniej. Próby wszakże nie wypadły najlepiej.


Aby mieć z czego żyć więc – bakałarzem został i jakiś czas mozolił się na prowincji. Jednak wiadomo, jak to z oświecaniem cudzych dziatek bywa. Zbrzydło. A że atmosfera odpowiednia nastała – jakby łaskawsza, więc za żurnalistykę się wziąwszy, gazetę począł wydawać.
Tu, choć konkurencja była niemała, jakoś dawał rady. Zamiast jednak tworzyć według przepisów na reportaż czy felieton, jakie znał ze szkoły jeszcze, kiedy wbijał dziatwie do głów całe to wstęp-rozwinięcie-zakończenie, wymyślał strategie przebiegłe, na polu gazeciarskim nieznane. Innowacje zaprowadzał. Aby czytelnika pozyskać, reklamodawców znaleźć. I na strawę zapracować.

Wiadoma…

…to rzecz, że niespełnieni literaci często robią użytek ze sprawdzonych (czyli zużytych) w beletrystyce technik i chwytów – na polu krytyki lub dziennikarstwa pojętego najszerzej – od przedstawiania faktów począwszy, na wygłaszaniu osądów kończąc.

Mógłby być o tym właśnie tekst – ale powiemy to inaczej. Prościej.

Nieodparcie, po prostu sił brak, żeby nie ulec – przychodzi do głowy Doktor Jekyll i pan Hyde – historia R.L. Stevensona, kiedy czyta się teksty na stronie redaktora Piotra.
Nie teksty redaktora Piotra, lecz przywołuję jego witrynę – stronę redaktora Piotra.
Której adresu nie podaję, żeby nie uprawiać darmowej reklamy. Zresztą – niepotrzebnej, bo istnieją, jak się okazuje – inne sposoby pozyskiwania czytelników.
O jednym z nich rzecz poniżej.

Nawiasem…

…mówiąc – nie dotyczy zgoła tekstów dedykowanych podpisanemu niżej. O, nie!
Tych było dwa ledwie, o ile pamiętam. O te dwa za wiele. Może coś jeszcze, ale nie o to. Sprawa ogólniejszą się zdaje.
Chodzi o pewną, łatwą do zauważenia – dwoistość, komplementarność, jaka wytwarza się na wspomnianych (trochę enigmatycznie) łamach, można powiedzieć: wytwarza się regularnie, stale, przeważnie – kiedy teksty Redaktora – dopełnia głos Komentatora. Stałego, namiętnego, czujnego i wiernego.
Zaobserwować nietrudno rzadką w ogóle jedność myśli autora i jego ducha (ghost). Autora i Komentatora. Taki dwójgłos. Binarność doskonała.
Tożsamą mentalność/tożsamość mentalną sięgającą głęboko – bodaj synaps samych.
Komentator, w odróżnieniu od Autora, ukryty jest pod nickiem, oczywiście, gdyż język, jakiego używa – czasem, a nawet dosyć często wymyka mu się. Szczególnie, gdy natrafia na zdecydowany opór innego stałego komentatora (nazwę go tu Komentatorem’). O przeciwstawnym profilu ideowym. Całkowicie. Częstokroć – można odnieść wrażenie – Komentator prowokuje go (Komentatora’) i swoimi gwałtownymi komentarzami wyzywa do wirtualnego starcia.
Incognito tego pierwszego jest nieodzowne, ponieważ odsłonięcie personaliów mogłoby narazić go na przykrości prawne albo boleści czysto fizyczne. Gdzieś w okolicy żuchwy lub oczodołu.
Gdyż nie przebiera w słowach.
Przypuszczenie więc, przywołujące opowieść R.L. Stevensona odnosi się właśnie do tego tandemu (dwój duch w jednym ciele – jak by to ujął wieszcz ): Autora i jego cienia – zgodnego z nim, namiętnego, czujnego i wiernego.
To sekciarskie wręcz oddanie, nieobecna jakakolwiek inność w poglądach. Choćby o niuans.
Lecz – nic.

Prowadzi to…

…do myśli takiej oto, że to, co w tekście Redaktora jeszcze uchodzi jako, powiedzmy: zjadliwe, złośliwe, szydercze, niepowstrzymane czyli w pewnym stopniu jednak hamowane i temperowane stylem i konwencjami (ostrożnością?) – ujście bez żadnych ograniczeń znajduje w komentarzu Komentatora. Już jako dosadne, idące do granic, dociskające do ściany.
Taka metoda, w której Komentator pozwala sobie na to, przed czym jakoś powstrzymuje się Autor.
Dokładniej: w którym, snujemy sobie domysł – pozorując głos Komentatora – Autor posługuje się zwiększoną swobodą. Zwiększoną, bo anonimową. Nieograniczoną właściwie.
Jest jeszcze ten adwersarz Komentatora – Komentator’, dzięki któremu ten pierwszy doznaje akceleracji i turbodoładowania. Wówczas rzeczywiście włącza dopalacz i odcina hamulce.
Furia, po prostu!
Byłby to więc dwugłos ze wspomaganiem.
Zaogniająca się pod tekstem, powiedzmy – głównym, pyskówka jest oczywiście atrakcją.
Jej podsycanie, zaostrzanie jest jakąś metodą na klikalność i otwieralność witryny.
Czemu nie?
Pozycjonowanie strony przez specjalistów od internetu byłoby zapewne bardziej kosztowne niż fingowanie utarczek, kłótni, wyzwisk, lżenia i zupełnie czasami nieprzyzwoitych sugestii.

Szczególnym…

…punktem zapalnym są tu teksty dotyczące kościoła, PiSu czy tzw. prawej strony.
Albo jeszcze ogólniej – jakichkolwiek wydarzeń, które są reakcją, wyrazem zniecierpliwienia, odpowiedzią na prowokacje i hałaśliwe działania strony postempu. Czyjąkolwiek odpowiedzią. Wówczas taki ktokolwiek dostaje etykietę faszysty albo podobną sugerującą wsteczność, ograniczenie, ciasnotę, barbarzyństwo czy inne podobne. To dość, żeby mógł uruchomić się Komentator ze swoimi niewybrednymi koncepcjami.
Takie nacechowanie, czasami nazywane stygmatyzacją, odczłowieczaniem – bywało nieraz stosowane w rozmaitych celach i w różnych zakresach. Jedną z wersji gościliśmy onegdaj w legnickim Rynku – odrażające robactwo żrące zielony liść demokracji. Robactwo czyli politycy prawej strony – Orban, Kaczyński, Babiš czy Ziobro.
Specjalną kategorią w tym podniecaniu do dialogu – jest partyjność.
O – tutaj istnieje stały rozdział. Partia – to, oczywiście – PiS. Żadne inne polityczne ugrupowanie nie jest partią, jedynie PiS. Platforma Obywatelska, rzecz jasna nie jest partią, bo wówczas epitet partyjny mógłby wprowadzić zamieszanie. I niewłaściwe skojarzenia. A kojarzyć się musi jednoznacznie i silnie z komunistycznym totalniactwem: Gomułka i inni.
Dyktatura ciemniaków – po prostu.
Czasem są też wspominani systemowi aparatczycy, dyktatorów wykonawcy – na przykład politruk (rzadkie słowo, z twórczości Janusza Przymanowskiego jakby wywiedzione).
Jest też aktyw partyjny – pojęcie wyjęte z czasów jedynie słusznej w świetlaną przyszłość wiodącej PZPR (może być dla przykładu: wczesny Leszek Balcerowicz).
Pojęcie aktyw, jakiego w PO ani się nie stosuje, ani chyba nie wyróżnia w strukturach. Jakby w PO nie było czegoś takiego.
Oczywiście, nie są znane szczegóły organizacyjne PO – zauważamy jedynie, że aby ktoś mógł zostać publicystycznie i komentatorsko stratowany – trzeba go najpierw przystroić w sutannę (koniecznie katolicką, bo już protestancką czy prawosławną – to nie), brunatną koszulę albo dać mu do ręki właśnie partyjną (czytaj: pisiorską) legitymację.
Ewentualnie wykazać skłonności – na przykład przynależność do Klubu Gazety Polskiej. Wtedy, po zaaplikowaniu publicystycznie dopuszczalnych dawek jadu, co jest hasłem – wkracza on. Komentator. I jego adwersarz – Komentator’.
A kto wie, ile innych jeszcze figur przywoływanych jest w tym twórczym rozmachu? Akcie kreacji?
Dialogiczność i trywialność rozhasane jak nie wiadomo co. Rollercoaster prawdziwy.

Organizacja…

…takiej dramaturgii jest może bardziej pracochłonna niż pisanie prostych tekstów.
Takich jednogłosowych, monotonnych jak klepanie cepa na gumnie.
Zwiększa za to szanse na rozbudzanie namiętności, a to, jak wiadomo – odbiorcy robi dobrze.
A nadawcy – najlepiej.

Adam Kowalczyk

 

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię