Tokarczuk Nobel Herbert

0
232

Poboczem głównych traktów społecznych i politycznych sporów związanych z powrotem Donalda Tuska, Covidem, sporem TK z TSUE i innymi atrakcjami biegnie ścieżka, którą podążają harcownicy lżejszej pozornie wagi.


Spory z obszaru polityki indukują wibracje i w innych obszarach. Zwłaszcza kultury.
Ważne bitwy rozgrywają się obecnie w związku z Olgą Tokarczuk. Głównie z powodu wywiadów, jakich udzieliła zagranicznym czasopismom.

Laureat literackiego Nobla to poważny gracz polityczny, a przynajmniej politycy chętnie takiego widzą w swojej drużynie.
Takim był Miłosz, świetnie wpisujący się w inżynierię przekonstruowania Polski i mentalności Polaków według projektów majstrów z GW.
Taka była też Szymborska z jej ironizowaniem i chłodnym dystansem, podczas gdy wokół padały Wielkie Słowa.
Teraz jest Olga Tokarczuk.
Czas jakiś temu wykopano i wielokrotnie publikowano wypowiedź Stanisława Lema o jej pisarstwie. Nieciekawą. Zaraz też odezwały się głosy z drugiej strony, przytaczające Lema w związku z braćmi Kaczyńskimi. Nie ku obronie noblistki zgoła. Lem przyłożył naszej, ale zobaczcie, że waszym też przyłożył (ten felieton Lema przywoływałem w Piastowskiej z 26 lutego 2021r.).

Cios za cios. Szermierka trwa. Felietoniści kopią w archiwach i droczą się z przeciwnikami.

Stanisław Lem pojawił się w wypowiedziach samej Olgi Tokarczuk jako nauczyciel i autorytet.
Dobrze po jego odejściu z tego świata – i po 20 latach od jego niefajnej wypowiedzi na temat jej pisarstwa.
Tom Czuły narrator złożony z wykładów, których atrakcyjność jako formy wypowiedzi podkreśla autorka w Posłowiu, kilkakrotnie przywołuje autora Edenu. Z należytą estymą.
To znakomita lektura. Tytuł daje sztokholmski esej Tokarczuk z 7 grudnia 2019 roku, ale jest tu, poza tym prawdziwy popis w postaci także innych wykładów. Dowodzi erudycji, oczytania i biegłości w słowie.
Nobel – w końcu.
Po raz, nie wiadomo już który w kosmosie metaliterackich wystąpień gigantów pióra – pojawia się stwierdzenie, że pisarz – głównie czyta.
Choć niekiedy udziela też wywiadów, jak ten z Corierre della Sera, w którym Olga Tokarczuk podjęła postępowe zagadnienia: niektóre gminy mogą ogłosić się strefami wolnymi od LGBT. Trochę to wydaje się nieostrożne z jej strony, że fotomontaże z udziałem B. Staszewskiego uznała za rzeczywiste wypadki. Narzeka także w tym głośnym wywiadzie na ospałość Europy nieskorej do ratowania uciemiężonych ludów: Białoruś jak Polska: płaci za powolność Europy.
Wykorzystanie tego wywiadu jako ofensywnego manewru taktycznego w postępującym froncie postępu przyniosło tylko trochę hałasu w postaci akcji Odeślij Oldze książkę. Cóż.
Zdecydowanie lepsze są eseje Tokarczuk od wywiadów, choć i w nich znajdujemy zagadki.
Na przykład w tekście o Arabach mówi się, jak to po rekonkwiście (to słowo tu pada w znaczeniu prawie odwet lub karna ekspedycja) zostawiają oni piękne miasta, niezwykłą muzykę i wysoko rozwiniętą kulturę.
W takich razach zastanawia mnie, dlaczego nie pojawia się pytanie, skąd oni się tu (w Europie) wzięli? Dlaczego nie rozważa się pojawienia się Arabów w Hiszpanii jako efektu ich agresywnej ekspansji, a wyparcie za Dżabal Tarik – do Afryki – opisuje nieledwie w tonacji minor nad utratą dalszego ubogacania Europy ich obecnością?
Wątpliwości podnoszone przez Tokarczuk w Ćwiczeniach z obcości nie są moimi wątpliwościami i nie czuję się z tym jakoś źle.
Czy istotnie dorabianie się Polaków na budowach fabryk w Libii w czasach Muamara Kadafiego i wydawanego w tym czasie w PRL pięknego, zaiste ! – pisma As-Sadaka – jest porównywalne z kwestią wolności wyboru taka samą jak wolność słowa przykładowego pana al-Halabi lub pani Marrousch, którzy opuszczają Libię albo Syrię, gdzie urządzają sobie aktualnie poligony światowe mocarstwa?
W tym eseju pojawia się fraza problem etyczny i szereg pytań, w których przywoływani są Fileas Fogg i Indiana Jones – postacie pop kultury, podróżnicy, którzy przy lekkim tylko zastanowieniu, chyba pochopnie zostali uwolnieni przez Olgę Tokarczuk od ciągot współczesnych turystów usiłujących próbować smaków świata podniebieniem wyjałowionym w MacDonaldzie.
Rewolwer (ew. pejcz) Indiany Jonesa, tak jak pieniądz Fileasa Fogga, pokonywał, o ile wiemy, wszelkie kulturowe i społeczne trudności w drodze do bardzo wyszukanego celu.
Ale to tylko takie małe obiekcje felietonisty podrzędnego (sorki, szefie!) portalu.
Wykład, czyli słowo szykowane na zaistnienie wśród ludzi na żywo to coś, nad czym mówca (retor) pracuje ustalając szczegóły actio, wykonawstwa. Poprzez dobór słów i rozmaitych językowych gestów mobilizuje życzliwość odbiorcy, jego przychylność. Tworzy swój najlepszy wizerunek. Najkorzystniejszy. I trzeba przyznać – tu Tokarczuk jest zawodnikiem ekstraklasy! Budzi respekt.
Nie dziwi więc, że zyskała uznanie tak wielkie, że została uhonorowana nagrodą Nobla.

Nie doczekał natomiast Nobla Zbigniew Herbert, którego wspomina się aktualnie od radiowej Jedynki, przez Trójkę, aż do Dwójki (from pop to high) z powodu 23. rocznicy śmierci poety i eseisty. Nie dziwota, jego widzenie świata, zupełnie inne niż Olgi Tokarczuk, musiało budzić od lat sześćdziesiątych, do śmierci 28 lipca 1998 roku niemałą konfuzję w komitecie noblowskim.
Znakomity poeta, erudycja, nagrody całego świata, tłumaczenia. I tylko te poglądy – tak niezgodne z linią Sztokholmu.
Co za szkoda!
Jaka strata dla obozu postępu!
W związku z rozterkami zacytowanymi tu z Czułego narratora Olgi Tokarczuk przytoczyć można tytuł radiowej audycji: Trzeba być podróżnikiem, nie turystą. To różnica istotna: turysta i podróżnik. Tak.
Nie doczekał Nobla Herbert i doczekać nie mógł. Jest to, wydaje mi się, jasne. Oczywiste.
Politycznie kłopotliwy. Nieprzejednany przeciwnik redaktora Michnika. Przedstawiany jako zawzięty, chory, nieprzejednany, szalony. Wbrew woli, wyrażonej przecież publicznie – sportretowany pośmiertnie w GW przez Jacka Żakowskiego w tym wielkim, trudnym wywiadzie, jakiego udzieliła Katarzyna Herbertowa.
Kiedy dzisiaj czytam tekst o nim w pewnym prawicowym portalu, włączane do wypowiedzi piszącego cytaty z wierszy Herberta zdają mi się bez widocznego związku z tekstem prowadzącym.
To upadek piszącego, czy zapaść ogólna?
Mam własną odpowiedź, ale jej nie ujawnię.
Właściwie to dobrze, myślę, że Zbigniew Herbert nie został nagrodzony Noblem w literaturze.
Księgarnia Gaudium wydaje od lat fantastyczne zbiory studiów o jego pismach i dla czytelników, i wielbicieli pisarstwa Herberta jest to piękna po nim pamiątka. I te festiwale, konkursy, sympozja.

Ani przez chwilę nie przychodzi mi do głowy przy tym próba ważenia, kto większy z wywołanych tym pisaniem moim twórców.
Herbert jednak – i nie przez polityczne kwestie, wydaje mi się bliższy dzisiaj. Dzisiejszości. Tej obecnej. Dzisiejszej.
Na przekór czasowi. Sporom, polityce. I podchodom.
Mam zawsze w głowie, i pod spiętą na przedramieniu skórą z nastroszonymi włosami – Prośbę – z jej nieodpartą, przemożną wiarą w oczyszczającą moc sztuki.
I nie mogę, nie mogę – darować sobie przytoczenia całości:

Naucz nas także palce zwijać
i drzwi podpierać z tamtej strony
pokojów próżnej już miłości

niech kiedy trzeba będzie pięścią
to co marzyło tak o szczęściu
i osłaniało chudy płomyk

a potem po skończonej walce
pozwól nam rozprostować palce
choćby już była tylko pustka

gdy w dłoń otwartą przyjmiesz klęskę
gdy czaszkę w czułe palce weźmiesz
zacznie się wtedy jeszcze raz

otwartych dłoni wielka sprawa
po strunach podróż po zabawach
ostatnie ziarno ocalenia

Adam Kowalczyk

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię