Spocznij!

1
133

Podpułkownik Sz. był oficerem politycznym JW, w której musiałem swoje odsłużyć. Miał, jak to polityczny – trudne zadanie pilnowania myśli, słów i obrazu rzeczywistości wszystkich żołnierzy.

Najłatwiej było mu z kadetami. Ci odgrażali się nam – podchorążym po studiach, że w razie W wszystkich by nas powystrzelali pierwszych jako słabeuszy i ciamajdy. Byli karni, zaangażowani, słuchali pilnie podpułkownika Sz., ćwiczyli chętnie i wszystkie uciążliwości znosili według zasady:
im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju.
Sami nazywali się z dumą Psami wojny.

Gorzej miał pułkownik Sz. z podchorążymi-studentami. Pyskaci mądrale zatruwali mu życie i psuli zajęcia podstępnymi pytaniami, a potem śmiali się w kułak z nieudolnych odpowiedzi i szyderczo przyglądali się jego męczarniom. Najgorzej mu szło z niemieckim rewizjonizmem, bo w kompanii byli goście z doktoratami ze stosunków międzynarodowych ze specjalizacją Niemcy i niemiecką konstytucję mieli w małym palcu.
Kiedy więc pułkownik Sz. nie dawał rady i jego przewaga w dyskusjach z podchorążymi topniała jak lód na wiosnę – zaczynał krzyczeć i odgrażać się. Najgorsze, czym straszył, to były praktyki w jednostkach na zagubionych gdzieś po lasach poligonach, skąd nawet pekaesem niełatwo było wyjechać.
Krzyczał i straszył więc podpułkownik Sz., bo cóż innego mu pozostało?
Innego oficera politycznego spotkałem już na praktyce, w pułku. Młodszy wiekiem i szarżą, ale podobnie jak Sz. zawodowo udawał przyjaciela wojska. Codzienne kontakty z poborowymi widać jednak źle mu robiły, bo szukał odmiany i po służbie przychodził z wódeczką. Gadaliśmy o miejskim folklorze na Targówku, muzyce lat sześćdziesiątych i innych głupstwach.
Do czasu, gdy, jakoś mimochodem – zaznaczyły się zdecydowane różnice w poglądach. Nawet nie politycznych, bo nauczony doświadczeniem z Sz., wiedziałem, że z takimi rozsianymi po różnych JW porucznikami nie warto zaczynać niektórych tematów. A było o czym mówić, bo właśnie zawiadomiono PRL, że pewien wysoko postawiony generał dostał instrukcje zorganizowania czegoś, co potem nazwano Okrągłym stołem.
Ten więc oficer także, jak i podpułkownik Sz., stracił w pewnym momencie fason i usiłował nakrzyczeć na mnie, postawić na baczność wobec pryncypiów państwa, jak by nie było socjalistycznego w sojuszu z bratnim narodem – i tak dalej.

I to tak z tymi politycznymi było i jest. Udawali i udają, że nie mają nic wspólnego z polityką, usiłowali i usiłują pobratać się z wojskiem, ale prędzej czy później wyłaził i wyłazi z nich trep. Wygląda, że są wciąż na służbie. Tylko w cywilkach. Ale mimo maskowania – łatwo ich rozpoznać.
Politowanie wówczas budził jednak nie ten pozorny autorytet gwarantowany siłą ludowej ojczyzny wspartej na sile zdezelowanego radzieckiego oręża i nie dęta przewaga stopnia, lecz ten tandetny kamuflaż, który tracili nieuchronnie i w bardzo kiepskim stylu, kiedy brakowało im słów i myśli na odparcie zbyt trudnych do pojęcia racji.
Udawanie znawców stosunków międzynarodowych, historii, ekonomii, niekiedy nawet i kultury i sztuki szybko pryskało, kiedy sytuacja przekraczała zakres ich zadaniowania.
Wtedy darli się, nie przebierając w słowach, niezdarnie wywlekali jakieś formaty w stylu – my wiemy, kim byli wasi dziadkowie albo – znamy wasze studenckie ekscesy, sugerując istnienie jakiejś wlokącej się za człowiekiem szpetnej przeszłości – i tak dalej w ten deseń.
Bywało i tak, że niepokornemu odbierano stopień podchorążego i zamiast roku – kiwał jako szwejk dwa lata. Najpierw kuracja na oddziale psychiatrycznym w wojskowym szpitalu, potem degradacja – i do pułku. A tam już czekała na niego niejedna działa i rejony do upadłego.
Tak też było – jeszcze u schyłku prlu, według niektórych – wartego obrony, pieśni. I legendy.

Adam Kowalczyk

1 Komentarz

  1. Mój „polityczny” w wojsku (w stanie wojennym) miał na szczęście równie wyrąbane na peerel jak i my. Trochę pozorował, głównie drinkował. No, ale w innych jednostkach było różnie.

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię