Mentalność postkolonialna

1
509

Pomniki ku czci rosyjskich bohaterów wojennych rozsiane po rosyjskich miastach i wsiach zwykle składają się z nadnaturalnych figur o mocarnej piersi i głowie wzniesionej wysoko – to bohaterowie ostatnich dni, zawsze zwycięzcy, przed którymi ustępują inne narody i państwa(…).

Zdanie z pracy profesor Ewy Thompson Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm. tak po prostu przypomniało mi nieobecny już od kilku lat monument z Placu Słowiańskiego. Przypomniało wszystkie te niewiarygodnie wzniosłe protesty przeciw jego usunięciu – z wywoływaniem słów Asnyka o burzeniu przeszłości ołtarzy, kluczeniem i dziwacznymi interpretacjami pism Wojewody realizowanymi przez prasowego rzecznika Ratusza legnickiego, adorowaniem poprzez nazwanie symbolem miasta (Jacek Głomb).
Przypomniało także skrupulatność i sprawność policji w ściganiu i następnym nałożeniu kary na sprawcę obrzucenia figur czerwoną farbą.

Także jednoznacznie…

…brzmiące niechęcią upubliczniane w lokalnej telewizji wypowiedzi legniczan po kolejnych akcjach nieznanych sprawców, którzy upamiętniali różne historyczne rocznice wywieszaniem na cokole monumentu banerów przypominających stale wrogie wobec Polski działania Rosji Sowieckiej i polskich komunistów.
Ile żaru w obronie, ile gniewu wobec pomniejszania militarnego CZYNU, wobec pochodu rewolucji i czerwonego sztandaru, ile oddania dla wyzwolicieli!

Stale wystrzegam się nazywaniem tego – pomnikiem, ale to chyba niepotrzebna uraza, której należy mi się wyzbyć, bo jednak był to pomnik czyli upamiętnienie w sensie, jakiego ani jego twórca, ani władze, ani społeczeństwo nie przewidywali, nie chcieliby uznać, przyjąć i utrwalać. Pomnik – owszem, czegoś jednak zupełnie innego niż nominalna wdzięczność.
Tej sprawy, po raz kolejny, ale nieco inaczej – dotyczy tekst niniejszy.

 

Profesor Thompson…

…nie zajmowała się pomnikami w swojej książce. Pokazywała na przykładach utworów rosyjskich albo lepiej – rosyjskojęzycznych – jak od stuleci (Gogol, Lermontow, Tołstoj, Sołżenicyn, Rybakow) poprzez dzieła literackie tworzono i utrwalano kolonializm realizowany przez naszego wschodniego sąsiada wobec najbliższej zagranicy – Polski, Mołdawii, Finlandii, Ukrainy, Gruzji, Armenii, krain zza Uralu. Również mniejszych narodów mających nieszczęście leżeć w obrębie terytoriów lub na kierunkach zawsze słusznego rozszerzania się moskiewskiego, rosyjskiego, sowieckiego i postsowieckiego w końcu imperium.
Tak naprawdę to jedno – i Iwan Groźny, i Katarzyna, i kolejni gensekowie. O działaniach następnych mówić nie trzeba – wszystko widać: Czeczenia, Gruzja, Ukraina.
Mikołaj Gogol oczywiście nie propagował kolonializmu w rozumieniu podręczników do historii, w których rozpoznaje się to pojęcie na przykładzie postępowania Anglii i Francji w Azji, Holandii w Surinamie czy Belgii w Afryce.
Autorka Trubadurów omawia ponadto rosyjskie i sowieckie publikacje naukowe, działalność propagandową i oświatową, która miała utrwalać w głowach, ale także sercach odbiorców imperialne myślenie, przeżycie i odczucie Rosji. Kolonialną mentalność. Nie tylko Rosjan czy z Rosją się identyfikujących, bowiem wykazała również, jak obraz Rosji ekspandującej naturalnie za Ural, na Kaukaz, czy do środkowej Europy przejęła bez obiekcji nauka Zachodu. Podręczniki amerykańskie, angielskie do dzisiaj powtarzają za historiografią sowiecką, że Hitler „zaatakował Polskę” podczas gdy Armia Czerwona jedynie „zajęła wschodnią Polskę”.
Kolonializm to niekoniecznie dalekie wyprawy za morza. To podbój, wyzysk i utrzymywanie skolonizowanych w zależności od centrum.
Kiedy Krytyka polityczna rozniecała akcję Stop calling me Murzyn i wojowała ze Stasiem Tarkowskim i Sienkiewiczem (Henrykiem), równocześnie wyznaczając marksistę Žižka za przewodnika – ujawniała tym samym jakieś ciężkie rozdwojenie. Albo, jak utrzymuje przywoływana tu autorka – było to świadectwo ułomności marksizmu tout court.

Ale idźmy na Plac Słowiański.
Jaki związek mógłby mieć legnicki pomnik z dawnych lat z pracą literaturoznawcy z Teksasu?
Żołnierz radziecki oddawał polskiemu Ziemie odzyskane, powierzał dziecko. To wyobrażone w pomniku przyniesienie wyzwolenia i gest powierzenia słusznie odebranego mogłoby być jedną z wielu egzemplifikacją imperialnego potraktowania ludności i terenów, z których, po zawłaszczeniu – nie przewidywało się ani ustąpić, ani pozwolić na budowanie przez obdarowanych wolności według ich własnych wyobrażeń.
Nazewnicza przewrotność pomnika formułowała i formatowała postawy zniewolonej ludności jako wdzięczność. Wbrew niepoważnym próbom wyrzucenia z nazwy pomnika tej wdzięczności i wstawieniu tam braterstwa (broni), wdzięczność, ta pierwotna nazwa pomnika utrzymała się w pamięci i świadomości legniczan także mimo gablotki (nb. stojącej do dzisiaj zalepionej resztkami starych reklam), za pomocą której władze miasta usiłowały przewekslować sens pomnika i opakować go korzystniejszą etykietą.
Jakkolwiek jednak by rozumieć sam pomnik czy jego obecność – był wyrazem niezwykłej postawy. Zrozumiałej, podczas trwającego w Polsce do 1993 roku pobytu sowieckich żołnierzy przez Rosjan używanych do kontrolowania peryferii imperium (tego kłamliwego pojęcia – pobyt – używam jako wyrzutu za tutejszymi publicystami i naukowcami opisującymi historię Legnicy). Postawy niezrozumiałej już po 1993, gdy armia Federacji Rosyjskiej opuściła Polskę. Zauważmy, że do 1993 roku wystąpień przeciw pomnikowi nie notowano zbyt często, wyjąwszy dawne lata politycznych przesileń, gdy zdawało się, że już można.


Jawne kontestowanie…

…przez środowiska patriotyczne oraz próby doprowadzenia do usunięcia pomnika lub choćby zwrócenie uwagi na haniebną opieszałość władz w rozprawieniu się z posowiecką resztką przez Klub Gazety Polskiej nasiliły się niemal dekadę po wyjściu sowietów dopiero.
Odrzucanie żądań przez legnicki Ratusz, odwoływanie się od uchwał Rady Miejskiej do władz we Wrocławiu lub powoływanie na nie do końca adekwatny zapis umowy rzekomo wiążącej Polskę i Rosję – wszystko to – prawne i urzędnicze wybiegi – utrzymywało pomnik na Placu Słowiańskim.
Ujawnił się wówczas ponadto pewien specjalny rodzaj wrażliwości demonstrowanej przez wielu legniczan, którzy nie kryli oburzenia, kiedy podczas manifestacji patriotycznych pod pomnikiem gwałtownie napierali na ich uczestników wyrzucając brak serca, niewdzięczność, nieznajomość historii i brak poszanowania dla poświęcenia i śmierci bratniego żołnierza. Czemu często towarzyszyło urąganie pod adresem AK i NSZ oraz – szczególnie zjadliwe – żołnierzy nazwanych ustawą Wyklętymi.

Ostatecznie Ratusz…

…musiał zastosować się do prawa, choć w Legnicy tylko połowicznie, gdyż przekazał figury do Muzeum, a za pieniądze z budżetowej szuflady przeznaczonej na ochronę środowiska urządzono lapidarium, które będzie służyć celom edukacyjnym dla młodzieży – jak powiedziała Pani wiceprezydent Legnicy.
Swoją drogą, chciałoby się zapytać Panią wiceprezydent, czy jest jej wiadome, ile tej młodzieży tam już było, aby się edukować?
Ci gorliwi obrońcy pomnika pojawili się tłumnie, aby pożegnać go z Asnykiem na sztandarach.
Ci mieszczanie, którzy, zdawałoby się, machnęli ręką na przeszłość, to właśnie uosobienie mentalności postkolonialnej. Poddający się oficjalnej wersji opowieści o poświęceniu i krwi bratniej, wyzwoleniu i dziejowej konieczności. Gorliwi de facto depozytariusze wdzięczności zadekretowanej w jakimś komunistycznym biurze i wyeksponowanej na Placu Słowiańskim (wcześniej: J. Stalina).

Zapewne…

…oni też mieli i mają prawo do swojej opowieści (zgodnej, co nie dziwi – z opowieścią urzędowo zatwierdzoną), ale zauważmy, że opowieści innych nie dopuszczono do głosu, zabroniono, wyśmiano, zelżono. Że zakneblowanie innych opowieści było kosztem, na jaki łatwo zgodzili się obrońcy pomnika jako jedyni, którzy od tej pory mogli mieć głos.
Głos, niestety – podporządkowanych i uległych, czego bodaj nie do końca byli/są świadomi.
Postawy i przekonania legniczan broniących racji istnienia Pomnika Wdzięczności mogłyby być więc ilustracją tego, co wysiłki Trubadurów – piewców Imperium dawały i obecnie – dają w efekcie: ślepy posłuch bez względu na następstwa, kurczowe trzymanie się pańskiej klamki oraz buta i bezbrzeżna pogarda dla niestowarzyszonych.

Można by powiedzieć, że to wszystko dzisiaj – to muzealnictwo, lamus i przeszłość. Można by.
Ale widać, jak nieopodal krzepnie nowa metropolia, której dyktat równie silnie oddziałuje jak słowo dawnego imperium ze wschodu. I równie wyraźnie słychać, jak skrzykują się, mobilizują wsłuchani w jej głos wyznawcy – gorliwi jak obrońcy pomnika z Legnicy (czy to aby nie ci sami?).
Na recenzję Trubadurów imperium profesor Ewy Thompson nie potrafiłbym się porwać – to jest ponad możliwości. Zresztą to praca z 2000 roku. Ale warto ją polecać, bo otwiera oczy na fakty, porządkuje głowę dyscypliną wykładu i – miejscami – bawi. Na to jednak trzeba by przytaczać zbyt długie fragmenty, żeby dać tu przykłady.
Nie przypuszczam, że Pani profesor Thompson byłaby zadowolona, gdyby dowiedziała się, iż tak wprost stosuję jej obserwacje, sprowokowany jednym ze zdań jej niezwykłej pracy. Trudno.
Wydaje się jednak, że niniejszy punkt widzenia jest uprawniony.

W tekście..

…publikowanym w Fakcie z 2005 roku, gdzie profesor Thompson przybliża dzieło Edwarda Saida, na którym oparła swoje obserwacje zawarte w Trubadurach, pisała: Pewna część polskich klas wykształconych została na tyle skolonizowana, że identyfikuje się raczej z hegemonem niż własnym środowiskiem wspólnotowym, od istnienia którego zależy przecież istnienie „polskiej inteligencji.”
Ostatnie tego przykłady obserwowaliśmy, zdaje się, w związku z wnioskiem o przedłużenie stanu wyjątkowego na wschodniej granicy i tym, co histeryzujący posłowie z lewicy i hipokryci z KO zrobili z debatą w Sejmie.

Adam Kowalczyk

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię