KRAJ KONTRASTÓW

0
1129

Moja kolejna wyprawa ” w ciemno” – Indie, kraj kontrastów i tylko dla odpornych psychicznie. Biura podróży proponują standardowe podróże, ale najbardziej wiarygodne i interesujące są te „w ciemno”. Nie planowane, nie objęte programem, bez rezerwacji noclegów, posiłków… Już dawno korciło mnie – polecieć do kraju wielokulturowego, ogromnego swym obszarem i z bogatą historią. Z przesiadką w Bangkoku przylecialem do Delhi.

Z Seagalem i karaluchami

Pierwsze niezapomniane wrażenie to obecność obok mnie w samolocie znanego aktora Stevena Seagala. Twarz sąsiada wydała mi się znajoma. Zagadnąłem do zmęczonego i zasypiającego człowieka: „Ależ jest pan podobny do”. – „…no coż, miło, że pan zauważył” – powiedzial Steven Seagal podając mi rękę: „wybaczy pan, ale jestem śmiertelnie zmęczony”. Za chwilę i ja przysnąłem… Z lotniska super nowoczesnym pociągiem dotarłem do dworca New Delhi. Atak gorącego powietrza w twarz, tłumy wszędzie. Pierwsze kroki to handlowa i centralna ulica Pagar Ganh.

Mnóstwo pojazdów, ryksze, samochody, autobusy i słoń… Oferta hoteli przebogata. Od 8 dolarów za noc. Wybrałem trochę droższy, ale nie zwariowałem aby wybrać pięciogwiazdkowy. Za 12 dolarów dostałem miejsce w hoteliku na oko przyjemnym. W recepcji skóra, obsługa w garniturkach a w pokoju… sublokatorzy – karaluchy. Wielkie. W życiu takich nie widzialem. Pogoniłem towarzystwo miotełką do sąsiadów.

Moje łóżko wygodne, prześcieradełko niby świeże i pachnące, ale pełne plam w różnych odcieniach. Poprosiłem o inne. Przynieśli jeszcze bardziej plamiste. Jak ustaliłem pranie jest, ale bez środków piorących. Kobiety niosą to gdzieś nad rzekę i łopatkami tluką to pranie, wieszają. Schnie to błyskawicznie na wolnym powietrzu. Dokładnie jak moje koszule, które zmieniałem co godzinę, gdy były mokre od potu. 40 stopni robiło swoje.

Jeść czy nie jeść…

…oto jest pytanie. Zajrzałem do hotelowej restauracji. Dwoje Anglików, rodzina z Holandii. Wcinali „coś”. Ale ja poprosiłem o płatki i mleko. Drugiego dnia widzę, że Anglicy i Holendrzy po trzech posiłkach nadal żyją, więc zamówiłem coś dobrego i typowo hinduskiego. Uliczki w tej dzielnicy wąskie i wszędzie tłumy oraz krowy.

Trzeba bylo uważać aby nie wpaść na „minę”. Czasem dostojnie stąpał słoń z bagażem i gospodarzem. Architektura niekiedy przepiękna, ale zaniedbana. Pozostałości pobytu Anglików, którzy w ubiegłych stuleciach skolonizowali ten kraj, pozostawiając po sobie najlepiej rozwinietą i najbogatszą sieć połączeń kolejowych na świecie.

Pojechałem z tubylcami kursowym busem do Agry. To był wyczyn z mojej strony. Ale nie żałuję. Miałem miejsce siedzące, honorowe obok kierowcy. Autobus wyglądał jak kiść winogron. Sporo osób znalazło miejsce na dachu. Po Agrze woził mnie wynajęty rykszarz. Szczególnie ciekawskie były małpy, a dokuczliwe wręcz i natrętne małe kapucynki – złodziejki. Ale rykszarz mnie uprzedził wiec alles gut. Pociągiem udałem się do Varanasi nad Ganges, świętą rzekę wszystkich Hindusów. Mój wagon luksusowy, steward wniosł bagaż, sprawdził przedtem czy moje nazwisko jest na liście wywieszonej na drzwiach pociągu (wcześniej dokonałem rezerwacji ). Pasażerowie nawiązali ze mną kontakt. Język angielski zna tutaj sporo osób.

W Varanasi…

… zobaczyłem na żywo: w uliczce nad Gangesem, ułożono stos i położono na nim zwłoki zmarłego. Zapalono i spalono, popiół wrzucili do świętej rzeki, a kilka metrów dalej kąpali się ludzie. W wodzie jak breja. To cud, że oni żyją, ale to właśnie magia rzeki i wiara czynią ich odpornymi. Wszechobecne jest żebractwo i korupcja policjantów. Kolejny mój rykszarz zatrzymał się podczas jazdy przy policjancie i wreczył mu pieniądze. Powiedział, że dzisiaj ma już spokój. Może pracować w tej dzielnicy.

Szczur

Powrót miałem z przesiadką, gdzieś na jakimś dworcu bardzo prowincjonalnym. Byłem sensacją dla oczekujących na swoje odjazdy. A już apogeum to był moment gdy używałem mojej golarki akumulatorowej. Otoczył mnie tłum gapiów. Oni znają tylko golibrodę z brzytwą…

W międzyczasie pomyślałem o jedzeniu. Sięgam ręką do mojej torby a z niej z kanapką w mordce wyskoczył dość spory szczur.

Świetnie się poczułem w moim nowym hoteliku za 25 dolarów. Nawet pościel była mniej plamista. Z okna hotelu widzialem jak na dłoni ulice. Upał, gdzieś tam w jej głębi leżał człowiek. Nie ruszał się. Dotarłem do niego. Był młody, może jakieś 25 lat. Prawie umierał z pragnienia, z gorąca. Duża butelka wody pomogła. Zaprowadziłem go w ocienione miejsce, dałem resztki indyjskich rupii. Wieczorem miałem lot powrotny do kraju… Najstępny obiad zjadłem już w Legnicy…

Bolesław Bednarz

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię