KONIEC EUROPY

0
171

Wszystko zaczęło się planowo. Pewnego bardzo słonecznego dnia z przyjaciółmi Teresa, Romanem i Arturem wpadliśmy na pomysł, aby zwiedzić Gibraltar.

Do hiszpańskiego miasta La Linea przyjechaliśmy tuż przed porą obiadową i udało się nam tam zaparkować. Następnie przeszliśmy wzdłuż wybrzeża śródziemnomorskiego spacerkiem na terytorium Gibraltaru, brytyjskiego terytorium zamorskiego. Kontrola paszportowa, celna i jesteśmy na tym skrawku spornej ziemi o którą dyplomacje Wielkiej Brytanii i Hiszpanii toczą spory…

Spacerkiem po lotnisku

Nas to nie obchodzi, udajemy się w głąb miasta-państwa, mamy szczęście, bowiem musimy pokonać trzystumetrowy odcinek pasa startowego lotniska, zaraz za nami zamknięto bramki bo lądował kolejny samolot z tłumem turystów. W zatoce stały dwa olbrzymy, pasażerskie statki. Każdy mógłby pomieścić populacje małego miasteczka. Tłumy na ulicach, szturm na sklepy z pamiątkami, kawiarnie i restauracje.

Miejscowa młodzież urządza przejażdżki do granicy aby pokazać się w najnowszym cabrio z muzyka na full. Nudzą się. My zwiedzamy miasto zaczynając od Grand Casamates Square, to taki sobie plac, gdzie spotykają się wszyscy aby zrobić zakupy, siusiu, wypić kawę, odnaleźć zagubionych z grupy wycieczkowej itd. Idąc dalej zwiedzamy Królewska Kaplicę, ale naszym celem jest ONA – Skała Gibraltarska – Mediterranean Steps, czyli „schody do nieba”. Nigdy nie zapomnimy tej wspinaczki po niezliczonych schodach, które śniły mi się jeszcze kilka tygodni. I ten upał, mokra koszula i pot zalewający czoło.

Znajome makaki

Chwila odpoczynku, gdzieś na ławeczce z pięknym widokiem na morze i cypelek gibraltarski. Nie trzeba było długo czekać. Przysiadło się do nas towarzystwo Magotów Gibraltarskich albo jak kto woli małp z rodziny Makaków. Mama i tatuś z dzieckiem na grzbiecie. Przyglądało się nam to towarzystwo dość przyjaźnie. Na tyle przyjaźnie, że poczęstowaliśmy dziecko bananem. Chwilka i cala trójka siedziała z nami na ławeczce a dzidziuś na moich ramionach. Z tej sytuacji wybrnęliśmy dzięki opiekunowi zwierząt. Pobiegły do niego a my mogliśmy kontynuować zwiedzanie. Pomnik ku czci generała Sikorskiego i szesnastu pasażerów feralnego lotu w 1943 roku odnaleźliśmy bez trudu na Europa Point. Sam pomnik to obelisk z wbudowanym śmigłem samolotu. Jeszcze jakieś ustronne miejsce w wąskiej, ukrytej uliczce, gdzie zjedliśmy coś u Hindusa. Chwila odpoczynku i udajemy się w stronę naszego parkingu w Hiszpańskiej La Linea. Wszędzie tłumy, bowiem

dodatkowo pojawił się w zatoce super wycieczkowy gigant i kilka tysięcy turystów, głodnych jak my wrażeń wyszło w miasto. Co jak co, ale na monotonne życie tutaj nikt nie narzeka.

Spokojnie

Policja na Gibraltarze w liczbie 220 funkcjonariuszy nie ma specjalnie co robić. Nie ma przestępczości, ale turyści to złota żyła i plaga dla tego żyjącego w bogobojnym pokoju państewka, które wybrało w 1967 roku brytyjski protektorat. Pokonaliśmy pas startowy lotniska. Na granicy celnik nie pytał o nic. Żadnej kontroli paszportowej. La Linea de la Conception (to pełna nazwa tego miasta) przywitała nas burzowo, a na Gibraltarze było jeszcze pogodnie i słonecznie. Jazda powrotna w kierunku picassowskiej Malagi i dalej do uroczej Salobrenhi skąd nasza chwilowa „własność” willa na skale obdarzała nas morskimi widokami jak z bajki.

Gibraltar: ludność około 29 tysięcy, waluta Funt Gibraltarski, język angielski, urzędowy hiszpański, klimat subtropikalny typu śródziemnomorskiego.

Bolesław Bednarz

Fot.Bolesław Bednarz

Udostępnij
Poprzedni artykułRAJSKI OGRÓD WOJSŁAWICE

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię