Fioletowy aromat Prowansji

0
496

Fotografia od wielu lat pozwala mi pokazać innym mój subiektywny ogląd otoczenia. Poza obrazami sprzed obiektywu dzielę się też własnymi refleksjami o obiektach zdjęć. Tego lata, wraz z grupą entuzjastów fotografii, miałem przez kilka dni okazję posmakowania i podziwiania kawałka Prowansji.

W tak krótkim czasie trudno zobaczyć nawet wyłącznie najważniejsze atrakcje, szczególnie jeśli region ma obszar równy około dziesięciu procentom terytorium Polski. Natura i człowiek nadały okolicy niepowtarzalny urok, więc wybór jest naprawdę niełatwy. Pod kątem fotogeniczności najładniej prezentują się plantacje lawendy i zlokalizowane wśród nich urokliwe miasteczka.

      Most Sisteron – nie jest mostem granicznym, ale symbolicznie i rzeczywiście wjeżdżamy              po nim do Sisteron i Prowansji

     Od północy bramą wjazdową regionu jest miasto Sisteron, położone nad rzekami Buëch           i Durance. Już w nim uwidacznia się charakter prowansalskich miast; cytadela zbudowana na szczycie wzgórza i spływające w dół zabudowania. W wieży twierdzy sisterońskiej kardynał Richelieu przez pół roku przetrzymywał, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Hiszpanii, księcia Jana Kazimierza Wazę, późniejszego króla Polski. Książę jechał do Madrytu w poszukiwaniu żony, miał pecha, po drodze trafił na wojnę. Jest tu także nadrzeczny park i bulwar, katedra oraz dawne wieże obronne, zdobiące centrum. Sisteron warto dołączyć do planu zwiedzania Prowansji i zostać choćby na jeden nocleg.

      Cytadela i bulwar nadrzeczny w Sisteron

                     Fortyfikacje w sisterońskim centrum

     W Prowansji musimy zaakceptować, że w porze popołudniowej sjesty nie wszędzie da się zjeść coś konkretnego. Mimo wszystko, po kilku wywiadach (francuski nie jest naszą najmocniejszą stroną, angielski czy niemiecki nie jest najmocniejszą stroną miejscowych) znaleźliśmy sympatyczny lokal z bardzo dobrym menu. Miejscowa jagnięcina zasłużenie cieszy się uznaniem. Pokrzepieni, wyjeżdżamy do bazy w Manosque oraz do podziwiania okolicznych pól lawendy i historycznych miasteczek. Upalne 36° C, a także słaba klimatyzacja w busie dość wysoko stawiają poprzeczkę naszej kondycji. Na szczęście, najlepszą porą na zdjęcia są przedświt, świt oraz zachód słońca, przynajmniej wtedy jest chłodniej.

      Lawendowe pole o świcie

     W świetle jutrzenki rozpoczynamy poszukiwania fotogenicznych lawendowych pól. Nie ma lekko; pole, atrakcyjne w poprzednim sezonie, może być np. obsadzone innymi roślinami lub nie zostało poddane zabiegom kosmetycznym i fryzjerskim, a więc chwasty psują obrazek. Albo widok szpeci jakaś buda czy kontener. Słońce nie czeka, świeci coraz wyżej, traci różowe i złote odcienie. Wygląd okolicy, malowany światłem poranka, jest bardzo zmienny. Różnica kilku minut daje zupełnie inny obraz. Niby lawenda nie ucieknie, ale światło tak. Jednak udało się i mogliśmy się cieszyć długimi promieniami wschodzącego słońca, rozświetlającymi, rząd po rzędzie, krzaki tej wonnej rośliny. Aby to ujrzeć, naprawdę warto porzucić wygodne łóżko o tak niehumanitarnej godzinie.

      Tuż po wschodzie słońce rozświetla tylko szczyty lawendy

      To samo miejsce kilka minut później

     Nie tylko my wiemy jak piękne są tutaj poranki. Parkingi przy polach lawendy pełne są aut         i fotografów. Około ósmej wracamy na śniadanie i kilka godzin snu. Po południu ruszamy rozkoszować się pięknem prowansalskich miasteczek. Labirynt uliczek, wytyczonych w górę          i w dół, nie do przejechania samochodem, domy z kamienia, kolorowe okiennice i drzwi. To trzeba zobaczyć.

      Roussillon

                       Roussillon – uliczka

       Roussillon – nie samą ochrą człowiek żyje

     Roussillon zajmuje całe wzgórze, ciasno dom koło domu. W najróżniejszych odcieniach dominuje tu kolor ochry. Jeszcze do połowy XX wieku pozyskiwano ten pigment z okolicznych skał. Dzisiaj produkcję bazującą na naturalnych minerałach zarzucono, przestała się opłacać. Tańsza jest chemiczna synteza barwników. Ochrowe skały tworzą fantastyczne formacje. Spacer wzdłuż nich nadaje odzieży rdzawo czerwone ubarwienie. Opłata, za wyniesioną w ten sposób ochrę, wliczona jest w bilet wstępu do kamieniołomu.

       Ochrowe skałki

     Z lawendy otrzymuje się aromat, który służy do produkcji mydeł, olejków, kosmetyków i chemii gospodarczej. Bukieciki lawendowe odstraszają mole odzieżowe i komary. Olejek lawendowy ma właściwości antyseptyczne, a dodany do kąpieli, działa odprężająco i uspokajająco. Lawenda występuje też jako przyprawa – składnik mieszanki ziół prowansalskich. Na lawendowych polach, podczas kwitnienia, uwijają się roje pszczół, pracowicie zbierając pyłek, stąd w kulinarnej ofercie Prowansji pojawia się miód lawendowy – wysokiej jakości, delikatny w smaku i aromatyczny.

       Pszczoły w doborze surowców kierują się własnym gustem i niekiedy do miodu                             lawendowego dodają nieoczekiwane nuty

                        Lacoste – brama do najstarszej części miasteczka

     Odwiedziliśmy też miasteczko – o znajomo brzmiącej nazwie – Lacoste. Nie da się tu zobaczyć ani jednego zielonego krokodylka, ale za to jest inny akcent modowy oraz designerski. Miejscowym zamkiem w XVIII wieku władał Donatien Alphonse François Comte de Sade, znany jako markiz de Sade. (Od jego nazwiska niemiecki psychiatra Richard von Krafft -Ebing wiek później utworzył termin sadyzm.) Po aresztowaniu osławionego markiza budowla popadła w ruinę. Aktualnie zamek odbudowuje dom mody Pierre Cardin. Poza tym w części zamku swoją europejską siedzibę ma Savannah College of Arts and Design – dlatego w mieście często prezentowane są różne artefakty.

                       Takie cuda powstają z nakrętek

     Prowansja to dla starożytnych Rzymian była „Provincia nostra” – naszą prowincją. Stąd po drobnej modyfikacji wzięła się nazwa regionu. Ślady działalności imperium rzymskiego widać do dziś. Niedaleko Lacoste jest most Juliański. Solidna konstrukcja przetrwała nawet rzekę, której pod nim już nie ma.

      Most Juliański

     Jeszcze większą sławą cieszy się Awinion z papieskim pałacem, katedrą i wieloma innymi atrakcjami. Ale przede wszystkim interesował nas jeden ze słynnych parkietów świata – miejscowy most.

Most d’Avignon to zabytkowa ruina; romantyczne miejsce do tańca to tylko licentia poetica

     Niestety z pląsów na moście w Awinionie nici. Wzniesiony w drugiej połowie XII wieku, liczący 900 metrów i 22 przęsła, romański most nad Rodanem był wielokrotnie niszczony przez działania wojenne i powodzie. Po zniszczeniach w 1668 roku władze miasta stwierdziły, że kolejny remont nie ma sensu. Z mostu zostały cztery przęsła i mała kapliczka Świętych Mikołaja i Bénézeta (Benedykta). Na most nawet wejść nie można, o tańcach nie wspominając. Ale poprzytulać się     z widokiem na okolicę nikt nie zabrania. Piękne miejsce na pożegnanie z Prowansją.                 Do następnej wyprawy!

      W Awinionie – zakochana para

Tekst i fotografie: Andrzej Gliwiak

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię