„Poniemieckie”

0
214

Piękna i użyteczna waza z domu Państwa K. dała Karolinie Kuszyk impuls do napisania książki
pt. Poniemieckie. Jej prezentacja odbyła się w niemożliwie nabitej Sali Legnickiej Biblioteki Publicznej, co mogło dać asumpt do myśli, że spotkanie miało charakter więcej towarzyski niźli naukowy. 

Prowadzący spotkanie Marcin Makuch usiłował skłonić autorkę do ujawniania informacji genetycznych, morfologicznych i genologicznych, więc rozmowa uroczo meandrowała, przystając, aby dać odpocząć pisarce i pozwolić zapoznać się z fragmentami jej tekstu.
Z poniemieckim wszyscy – legniczanie, Dolnoślązacy – jesteśmy od lat za pan brat: klamki, drzwi, fasady kamienic, wykopywane w ogródku ułomki talerzyków albo założenie parku – samo poniemieckie. A gdyby komuś zdarzyło się o tym zapomnieć, to fundacja z niemieckojęzyczną nazwą naszego miasta już zadba o to, żeby przypomnieć, w którą stronę otwierały się drzwi do dzisiaj nieistniejącej kamienicy sprzed 1939 roku, w której mieszkał jakiś znaczny tamtoczesny mieszczanin.
Z poniemieckim jest różnie. Solidne stolarstwo z niebywale precyzyjnymi cięciami intarsji – wciąż jest w cenie, ale landszafty, popielniczki albo porcelanowe figurki udające zaledwie saskie cacka – z tym jest kłopot.
Inny – i chyba większy, gdy, jak inspirująca autorkę waza – mają złowrogą swastykę pod spodem.
I napis (Schönheit der Arbeit: Piękno pracy), który wygląda po prostu na slogan, ale jest nazwą propagandowej organizacji nazistowskiego rządu, której funkcją było projektowanie miejsc pracy i upiększanie niemieckiego środowiska pracy od 1934 do 1945 roku (np. biura w KL ?).
Od dojścia Hitlera do władzy, do jego upadku.
W moim domu też był – nie wiadomo skąd – gruby porcelitowy talerz z gapą na spodzie. Bardzo dziwne było to wtedy, gdy Janek Kos parł na Berlin z Szarikiem, a tu w kredensie takie coś.
Dzisiaj, nie wiem, co się z tym talerzem stało, ale średnio mi go brak.
Intensywność odczuwania, przeżycia poniemieckiego z czasem maleje i chyba większość z nas tak ma. Comiesięczny jarmark staroci na legnickim Rynku – w połowie niemal oferuje przecież poniemieckie, jako niekoniecznie wyszukany towar. Towar oswojony, niebudzący lęku przed narodowosocjalistycznymi zmorami.

W podobnej-niepodobnej sytuacji jak my z poniemieckim znajdowało/znajduje się na pewno sporo Niemców, którzy zostali obdarowani wywiezionymi z opustoszałej po powstaniu Warszawy meblami, pierzynami, obrazami, sztućcami. Nie mówiąc o dziełach sztuki – tak jak te warszawskie pierzyny – rabowanymi systematycznie, planowo, metodycznie.
Czy warto szukać jakiejś symetrii?
Czy we współczesnym niemieckojęzycznym piśmiennictwie, publicystyce, literaturze faktu, beletrystyce są ślady podobnej Poniemieckiemu refleksji?
Zadałem takie pytanie autorce i pozyskałem odpowiedź nie do końca satysfakcjonującą. Że publicyści, to trochę, ale tak bardzo – to nie.

Kiedy nowy porządek instaluje się na starym, wrasta weń i wzrasta nieubłaganie jego kosztem.
Jak PRL na Ziemiach Odzyskanych (teraz, jak mogliśmy się przekonać dodaje się: tak zwanych).
I musi trochę potrwać, zanim postawi się pytania i będzie szukać odpowiedzi.
Jak godzić przeszłość z teraźniejszością, jak wadzić się z historią i nie stać się jej zakładnikiem, jak mierzyć się z upływającym czasem.
Adam Kowalczyk

 

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię