Podróże kształcą

0
286

Zespół legnickiego teatru wyjechał na trzy miesiące do Gruzji, aby „rozbijać stereotypy i dobre samopoczucie o sobie samym” – jak rzekł był dyrektor Jacek Głomb.

Pierwszy z tych stereotypów streszcza się w zdaniu: Gruzini śpiewają dobrze i spontanicznie. W ogóle: śpiewają. A Polacy nie. Obraz otwarcia premierowego spektaklu oparty na tym osądzie jest skonstruowany niesymetrycznie i trochę na naszą niekorzyść. Biali (Gruzini), zaproszeni przez Czarnych (Polacy) – rozpoczynają pieśń – jak się dowiedziałem od dyrektora teatru z Batumi – biesiadną.

Coś na kształt…

…naszego sto lat, ale adresowanego niekoniecznie do indywidualnego jubilata, lecz wycelowanego we wszystko, co łączy, buduje, jest dobre i upiększa życie. Śpiewają porywająco: swobodnie, czysto, radośnie. Potem Czarni, jako antystrofy, używają (chciałoby się powiedzieć – intonują, ale to w tym miejscu słowo bardzo nie na miejscu) zawstydzającego murmuranda zamiast Mazurka Dąbrowskiego. Dodają do tego pantomimę wzmacnianą (chciałoby się tu powiedzieć – prostoduszną, ale …) – prymitywną narracją streszczającą historię Legionów. Żeby było jaśniej, o czym mruczą.
Siedząca obok nauczycielka legnickiej szkoły muzycznej szczerze i w głos śmiała się z tej żenady. Podobnie jak spora część publiczności Modrzejewskiej tego sobotniego wieczoru.

Panel…

Nazajutrz, podczas niedzielnego panelu dyskusyjnego o Polakach i Gruzinach nie udało mi się zadać pytania, czy ten spontaniczny wykon pieśni był przez publiczność Batumi i Tblisi odebrany także jako próba rozbijania stereotypu i ich dobrego samopoczucia. Czy Gruzinów rozbawił obraz Gruzinów gotowych do pieśni? Chyba nie było czego rozbijać po tej gruzińskiej stronie.
Pocieszenie, słabe, jednak przychodzi niebawem: kultura nas nie łączy, ale pop-kultura – owszem. Podśpiewujemy jednakowo niedbale Fredka, że jesteśmy mistrzami!

W trakcie tego spotkania w foyer teatru w związku z Gruzją padło sporo zastanawiających słów z wyrazistą częścią wspólną ich znaczenia: fasada, sztafaż, teatralność życia gruzińskiego, umiejętność sprzedawania się, mistrzowie PR. Co to znaczy? Że sporo w życiu Gruzinów udawania.
Stasia Budzisz – uczestnik dyskusji opowiadała o Gruzji i swojej książce o Gruzji pod tytułem: ”Pokazucha”. Czyli – avatar, wizerunek zastępczy, wirtualny, maskujący.

Nie zauważyłem…

…jednak, wbrew deklaracjom dyrektora Głomba, zdzierania kostiumów z Gruzina. Bez trudu dostrzegłem za to, jak chętnie publiczność Modrzejewskiej czeka, mówiąc Bułhakowem: na sceniczne zdemaskowanie Polaka. Podczas przytaczania legendy o Lechu, Czechu i Rusie na samo imię Lech padające ze sceny P.T. Publiczność wytresowana w legnickim teatrze w naigrawaniu się z kaczyńskości (Mizantrop, Hymn narodowy) gorliwie prychała śmiechem. Niepotrzebnie, jak szybko się okazało, bo w dobrym mniemaniu o sobie samych jesteśmy trochę za Gruzinami. W ich legendzie założycielskiej sam Bóg oddaje im Gruzję we władanie. Ale tu nikt się nie śmiał.

Inna, na gorąco chwytana myśl w związku z Klasyczną koprodukcją dotyczy formy tego widowiska. Jacek Głomb wygłosił w 2012 roku Manifeście Kontrrewolucyjnym taki pogląd:
Nie chcemy i nie będziemy tworzyć teatru, który odrzuca i uznaje za banał historie z początkiem, środkiem i końcem, posiadające bohatera i uchwytny rozumowo sens. Od tamtego czasu miał to być teatr opowieści: W dobie scenicznej inwazji sztuki skrawków i zlepków od wielu lat tworzymy w Legnicy teatr konsekwentny, uczciwy i obojętny na mody. W sobotę atoli zostaliśmy uraczeni salcesonem: miejscami smaczne, ale, zamiast opowieści tylko – zrzynki, ścinki i okrawki. Kolory kostiumów obu zespołów (Czarni i Biali) były komplementarne jak klawiatura fortepianu, którego używali. Jednak chochola melodia nie miała mocy scalenia tych ośmiu obrazów. Finał przedstawienia był jak (i żyli długo i szczęśliwie) zakończenie konwencjonalne i przewidywalne.

Ponoć…

…podróże kształcą. Wydaje się, że to racja. Dyrektor Głomb: Zrobiliśmy ten spektakl, bo jak się okazało – zupełnie się nie znamy.

Nietrudno ustalić, czego nauczyli się Gruzini z Teatru w Batumi. Grali całkiem po naszemu (wyjąwszy język). Jak mówiła Małgorzata Bulanda w Radio Wrocław: W teatrze gruzińskim ma być relaks. Koprodukcja zaś była mało relaksująca. Średnio wprawdzie przekonujący był obraz: Stalinowska arytmetyka w wykonaniu Pawła Palcata, który miał porazić liczbami ofiar (Panie Pawle – nie: Operacja NKWD w Polsce, ale Operacja polska NKWD).
Ale Eliminacja (tak ten obraz nazwałem na własny użytek), kiedy odpadający z zabawy z brakującym krzesłem palcami rysowali portret Stalina w tle sceny, wywołuje taki sam dreszcz, jak – nowe porządki w Moskwie – zmywanie mopami krwi w Carze Samozwańcu.

Korzyścią zaś widowni legnickiej po tej kaukaskiej ekskursji Teatru im. Heleny Modrzejewskiej jest chyba sceniczne mezzo forte: gra bez rozbudzania skrajnych emocji, po co często – i nie zawsze potrzebnie – się tu sięga. Widać to było choćby w obrazie dotyczącym wizyty Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji. Szermierka protagonistów (entuzjaści) z argumentami antagonistów (szczególarze) skończyła się remisem: polskie (legnickie) wybrzydzania na Lecha Kaczyńskiego zrównoważył gruziński szacunek dla niego. To – z pewnością – nowość na legnickiej scenie.
Prawda, że podróże kształcą.

(ak)

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię