O Makbecie

0
509

O legnickim Makbecie recenzenci wyrażają się z uznaniem od premiery. Po prawie trzech latach widowisko wciąż trzyma poziom.


Tło – plastyczne, a zwłaszcza dźwiękowe – znakomite. Trzy wiedźmy – prządki losu Makbeta wygrywają na swoich niesamowitych fantazyjnych instrumentach przejmujące blaszane zgrzyty i skrzypienia. Wieje grozą. Poza tym – znakomicie śpiewają.
Kostiumy. Jeśli, jak rozpoznał Leszek Pułka – inscenizacja oparta została na pomyśle, by krwawą historię Makbeta zagrać niczym pokaz haute couture, to i te wejścia z głębi sceny i zaskakujące piruety w ich trakcie, i w końcu – kostiumy – czytelnie realizują taki kod i właściwie grają w nim i skóry, dziary i aplikacje w trupie czaszki, choć trudno je wszczepić czy w szkockość i rycerskość, czy w ogólnoludzkie i uniwersalne myślenie o konflikcie dobrego i złego.

Najtrudniej…

…odnieść się do aktorstwa. Sam Makbet w porównaniu z innymi rycerzami Duncana, którym najwyraźniej adrenalina płynie w żyłach, jest zaskakująco mało zadziorny.
Jeszcze wiarygodny, gdy intrygują go zagadki wiedźm, ale już jego niefrasobliwość w obliczu niechybnej klęski, gdy ruszył birnamski las – odznacza się lekkością wprost nieznośną. Ekspresyjne relacje o jego czynach z pola walki składane przez rycerstwo Duncanowi zaświadczają o czymś, czego w Makbecie nie zobaczyliśmy. Podobnie Lady Makbet – zupełnie nieprzekonująca, gdy wciąga męża w zbrodnię. Rozmowy Państwa Makbet w ogóle sprawiają wrażenie nie wspólników zbrodni, lecz wypalonego małżeństwa – nerwy, dąsy i drażnienie ambicji.
I w tym upatrywać – jednak – trzeba, chyba jedynej, ale poważnej słabości spektaklu – amputowanie patosu. Nawet wystylizowany na doktora Freuda medyk może wobec tego tylko uciec.
Jeśli nawet całość miałaby być jakimś haute couture, to la famille Makbet – tylko prêt-à-porter.

Jest jednak coś jeszcze
Franciszek Starowieyski opowiadał, że podczas swoich spektakli Teatru Rysowania dostawał brawa od wysublimowanej w gustach weneckiej publiczności za pięknie wykreśloną linię. Szkoda, że nie utarły się w naszej kulturze odbioru takie spontaniczne reakcje. Należałyby się na pewno Pawłowi Wolakowi (Ross) – za niezwykle współczujące powiadomienie Macduffa o śmierci jego żony i dzieci.
I jeszcze Anita Poddębniak, która otwiera i zamyka widowisko jak bramy zamczyska. Znakomity wynalazek, w którym łączy się Damę i Odźwiernego i – jako kodę – samego Makbeta.
Wobec powszechnej zgody co do jakości spektaklu – wypadałoby skończyć.
Ale trudno nie zauważyć fatalnego opakowania, w jakie ten niezły przecież produkt Modrzejewskiej stale usiłują zawinąć miejscowi recenzenci.

 

Nie można…

…nie powiedzieć, że po premierze rozczarowani brakiem „doraźności” w realizacji legnickiego Makbeta silnie sugerowali wypatrywanie ich możliwości. Pojawiały się nazwy: Smoleńsk, ONR czy pojęcie politycznej poprawności (G.Żurawinski: „Zawiedzie się jednak ten, kto będzie w legnickim spektaklu Raczaka szukał prostego komentarza politycznego do polskiego tu i teraz”) albo Trump i „brunatna Europa” (P.Kanikowski: „Lech Raczak jako reżyser „Makbeta” nie sili się na żadne polityczne aluzje, całkowicie rezygnuje z klucza doraźności”).
Choć nie było (i wciąż, na szczęście – nie ma) w spektaklu niczego, co by aktualizowało tę ponurą szkocką historię, recenzenci, dla pewności – podpowiadali dużymi literami, czego nie możemy tam wypatrywać – czyli czego jednak powinniśmy tam szukać. I koniecznie tego właśnie. Najdalej w tych sugestiach poszedł etatowy recenzent teatru. Pisał między innymi tak: ”Kostiumy (Natalia Kołodziej), jak i tatuaże bohaterów tej tragedii sygnalizują, że opowieść może mieć i swoje współczesne konteksty.
Gdy w finale tej historii armia wiedziona przez starszego syna (Hubert Kułacz) zamordowanego króla (Bogdan Grzeszczak) i ocalałych z pogromu żołnierzy dowodzonych przez Macduffa (Robert Gulaczyk) wkracza do zamku Makbeta, to zatyka swoje sztandary i maszeruje niczym falangiści ONR albo podobni im spod znaku Blood and Honour, czy innej Białej Siły.” „Armia” – to ci ”dobrzy”, co odzyskają dla Szkocji pokój i wolność (prawo i sprawiedliwość?) – prawowity następca Duncana i jego lojalni rycerze. Oni zatkną sztandary w twierdzy Makbeta po marszu w kamuflażu lasu birnamskiego. Tymczasem Grzegorz Żurawiński w swojej recenzji z Gazety teatralnej tym maszerującym dorabiał gębę rasistów i narodowych socjalistów (ONR, Blood and Honour, White Power).
Albo inne miejsce: ten sam G. Żurawiński: „Legnicki Makbet niesie zdecydowanie bardziej uniwersalne przesłanie o nadchodzącym końcu świata, którego spoiwem były autorytety i zasady politycznej poprawności”. Zdaje się, że zasady politycznej poprawności jako lepiszcze świata to jakaś ironia albo zupełny brak rozeznania. W tymże teatrze – z drugiej strony – na autorytet kreowano przecież nie tak dawno panią Henrykę Krzywonos ku „Wolności wiozącą lud”.

Albo wystawiono Mizantropa – wyraźnie wycelowanego w Lecha Kaczyńskiego: „Widz nie ma wątpliwości, że słowa te odnoszą się do współczesnej i doskonale mu znanej rzeczywistości polityczno – towarzyskich salonów tzw. IV RP.” – pisał ten sam G. Żurawiński 7. stycznia 2007 r. i wiedział, co pisze. To było trochę przed zapowiedzią „dorzynania watahy”. To w tym teatrze powstał w końcu pomysł uhonorowania Lecha Wałęsy – „Bramą”- na szczęście dość peryferyjnie ulokowanym wyjazdem z parkingu galerii handlowej. To w końcu (słuchałem z bólem zębów gorącej agitacji A.Lesiak!) w Ratuszowej, po ujawnieniu kwitów Kiszczakowej sformułowano list poparcia dla Lecha Wałęsy.

Gdyby jednak…

…zechcieć udoraźnić tę inscenizację Makbeta to zauważmy, że wiedźmy w Makbecie działają jak współczesne media – stwarzają i rozbudzają potrzeby w sprzyjających okolicznościach. Wyzyskują je, by wsiąść na ludzkie ambicje rozbujać je, podkręcić i w końcu – czerpać korzyści. Jakie korzyści? Spychanie świata w szaleństwo i zbrodnie, wyonaczenia i nazywanie czarnego – białym. Sami recenzenci jakby nie zauważali tego, że od lat współtworzyli takie media, w których autorytety nie zaznawały specjalnego szacunku i od lat dość zdecydowanie pracowały nad aplikowaniem poprawnościowego myślenia, także i wtedy, gdy w tym niebywale górnolotnym, a to znaczy – nieznośnie tandetnym patosie wprowadzali takie pospolite aktualizacje jak wyżej przytaczane.
A czemu nie rewolucjoniści Che, można zapytać – Panie Grzegorzu? Albo czerwoni od Pol Pota, albo żołnierze KBW z legnickiej szkoły sprzed lat, bojcy moskiewskiej armii, którzy zdobywali, zatykali sztandary i maszerowali, maszerowali i maszerują aż do dzisiaj w trochę innych mundurach (Syria), pod inną nazwą, ale wciąż w tych samych zamiarach?
To jednak przytoczenia i pytania sprzed lat. Obecnie na afiszu legnickiego Makbeta czytamy to:
Zawsze aktualna i w każdej epoce równie przerażająca tragedia wszechczasów, ukazująca marny koniec tych, którzy zbyt mocno ukochali władzę, choćby sięgali po nią w najszlachetniejszych zamiarach.
Jak te najszlachetniejsze zamiary do Makbeta i jego oszalałej żony odnieść – nie wiadomo. Żadnym kluczem tego nie otworzysz. To niewydarzone perskie oko w związku z marnym końcem tych, którzy zbyt mocno ukochali władzę – jest tandetnym opakowaniem zastępczym.
Czekając na premierę Makbeta w 2017 roku, na regale z używanymi książkami w kawiarni teatralnej wypatrzyłem grzbiet z nazwiskiem Chestertona i trochę mnie zdziwiło, że w tym bufecie, w tym teatrze takie coś: „Przygody księdza Browna”. Jednak od początku tekst wydał mi się jakiś. Dopiero rzut oka na stronę tytułową wyjaśnił: To „Losy” Bratnego.
Jak gdzieś napisał Wańkowicz: „Suknia Jakuba, ale głos Ezawa”.

 

Adam Kowalczyk

Udostępnij
Poprzedni artykułKosek w bibliotece
Następny artykułWitek w Klasztorze

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię