O ekstremizmie

0
281

Pochwały pod adresem Magdaleny Drab – artystki tworzącej spektakl pt. Curko moja ogłoś to – ani trochę nie przesadzone. Aktorka potrafi. Żadnym kłopotem jest dla niej ograć wiadro, stojak do mikrofonu – wedle Czechowowskiej zasady strzelby, podjąć dowolną grę i zaaplikować widowni właściwe emocje (tu, w uznaniu dla aktorki – chciałoby się napisać każdą emocję, ale – jednak nie).


Monodram puentuje vera icon w manierze art brut na szmacie sprzątaczki porządkującej salę po wernisażu. Wizerunek twarzy udręczonej życiem malarki objawiony jedynej współczującej.
Czy monodram Magdaleny Drab daje obraz prawdziwy Marii Wnęk? Nie wiem.
Artystka poddaje widownię rozmaitym zabiegom i bez trudu ją rozbawi karykaturą pretensjonalnej historyczki sztucznej otwierającej wystawę, a wcześniej kłopotem gospodyni imprezy i jej transgresji wymuszonej na sobie haustem kwaśnego wina. I późniejszymi komentarzami snobów.
A cóż my – widownia? Dajemy się rozbawić   tym, a potem zawiłością skargi Marii Wnęk na wredną sklepową i jeszcze komentarzami uczestników wernisażu uobecnianego na naszych oczach na Scenie na Strychu.
Ani przez chwilę jednak w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń, czyli rozwój monologu – nie potrafiłem rozpozna w staraniach aktorki próby jakiegoś pozyskania odbiorców. Przeciwnie – mogliśmy być jedynie świadkami klinczu: malarka (czy raczej jej dzieło) – pseudosmakosze malarstwa i, jak ostrzegła widzów pani inspicjent – wolno nam było słuchać, najwyżej patrzeć – ale „Nie dotykać!”. Taka metaartystyczna  próba modelowania odbioru jest, swoją drogą, uzurpacją dość zuchwałą. I jeżeli to Magdalena Drab opakowała spektakl tym zastrzeżeniem ogłoszonym przez inspicjenta, to prowokacyjnie chciała odebrać  mi to, co należy się widzowi przede wszystkim – dotknięcie.
Czyli przeżycie.
Ale nie zadbano o moje przeżycia – o choćby cień współczucia (jeszcze nie tak dawno temu mawiano Współczuję z tobą – co dzisiaj zostało nazwane modnie empatią – nie zaś Współczuję ci, czego się ostatnio bardzo wystrzegamy jako poniżającego).
Zaproponowano zaś rozbawienie i bezpieczny dystans zaanonsowany wraz z wezwaniem do wyłączenia telefonu i nierejestrowania dźwięku ani obrazu.
A przecież jednak kokiem i warkoczykami Magdalena Drab gra inside i outside Marii Wnęk. 
Z jednej strony, jak czytamy – malarka jasno i trzeźwo ustaliła sposób eksponowania swoich malowideł: Wsadzić między szyby, aby z jednej strony czytać, a z drugiej oglądać. To malarstwo niezdolne do podlizywania się komukolwiek i czemukolwiek. Do tego pokomplikowane, wrażliwe, naiwne i gorliwe wnętrze malarki. Z drugiej strony – pozbawiona krzty wrażliwości, wyzbyta gorliwości właśnie, sprzedajna i cwana socjeta, której rzuca się na pożarcie malarstwo i wraz z nim i malarkę samą.
Odsłonięty w finale obraz prawdziwy tworzy suspens – zawiadamia nieoczekiwanie (jak to suspens) widownię, że przedstawiono jej męczeństwo Marii Wnęk.
Ale to Pasja jakoś nie dość bolesna. Bo w każdym momencie przedstawienia rysowana trywialną krechą, przesadną. Grubą jak kontury postaci z obrazów malarki. Ekstremalną.
Groteskową w szalonej staranności opisu wielkości mieszkania. I w zapamiętałym modleniu się na książeczce. I w arytmetycznym gubieniu się w rachubie winien i ma. I w prorockim objawieniu, z którego zaczerpnięto tytuł przedstawienia.
Tą samą krechą, niestety, Magdalena Drab rysowała uczestników wystawy snobujących się na malarstwo sauvage.
Curko, trochę za grubo.
Adam Kowalczyk

Udostępnij
Poprzedni artykułWystawa Pavla Hlavatego otwarta
Następny artykułPani Gosiu !

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię