Giez, który igra wśród kwiatów

0
275

Według ludowej opowiastki Dyl Sowizdrzał okpił księcia pod Lüneburgiem tak, że długo bawił się na jego koszt zamiast, według umowy, malować portrety dworskich dostojników. Kiedy szachrajstwa nie dało się ciągnąć dłużej, pokaz pustych płócien poprzedził ostrzeżeniem: Kto głupi, ten niczego nie zobaczy.

Tylko książęcy trefniś miał odwagę pozna się na sztuce Dyla, inni bali się przyzna, że … nic nie widzą.
W podobnej trochę sytuacji postawili widownię Modrzejewskiej nasi miejscy artyści. Zaprezentowano mianowicie na scenie efekt trzymiesięcznej pracy trzech grup: z Zakaczawia, Piekar i okolic dawnego WDK (uporczywie nazywając ówczesną ulicę J.Leńskiego Nowym Światem). Widownia składała się chyba głównie z rodzin występujących dzieci i młodzieży, bo po antraktach przybywało wolnych foteli.
Maluchy wykonały prościutkie ćwiczenia aktorskie, starsze opowiadały to, co zwykle opowiadają dzieci o innych dzieciach – słuchać hadko! W końcu – nastolatki odegrały etiudę według przykrego dość, choć można powiedzieć – prawdziwego – scenariusza o przejściu od anonimowej obojętności, przez agresję i odrzucenie – do pojednania i wspólnoty. Czy to prawda o dzielnicy, doświadczenia tej właśnie młodzieży, czy ekstrapolacje Mateusza Krzyka i Małgorzaty Patryn – prowadzących grupę, nabudowane na teatralnym micie dzielni (Gienek Cygan i te rzeczy…)? Nastolatki przecież zdolne są i do innych przeżyć (Mateusz Krzyk od swoich aktorskich zaczątków lubi grę fortissimo i bliskość dużych napięć – widziałem to w Emigrantach wg Mrożka pokazywanych niegdyś w parafii ks.Pazgana).
Jeśli w programie Modrzejewskiej czytamy, że widzowie zyskują szansę realnego współuczestnictwa w tworzeniu kulturalnej tożsamości swojej dzielnicy, a na fotografiach widzimy kałuże, graffiti, postacie w kapturach i podpis Cudaki za Kaczawą, to podejrzewamy, że prowadzącym zależało, aby podtrzymać wizerunek dzielnicy jak każda, indyferentnej, nieszczególnej – wbrew jej szczególnej historii. A przecież to dzielnica dramatu znikających budynków i instytucji: ZZK z kinem Kolejarz, mleczarnią, ponurym domem przy Daszyńskiego – dawną własnością MO potem hotelem kolejarzy, szkołą PKP przy lokomotywowni, zamarłym teatrem Varietes, stołówką ks. Gacka. Etiuda nastolatków, czytelna, owszem, ale zupełnie o niczym. Z drugiej strony – silnie identyfikujące Zakaczawie miejskie zdarzenia – coroczny festyn z pierogami, meta spływu samoróbek albo eucharystyczny cud – też nie dały się włączyć do tej pracy? Z powodu miejskości czy kościelności ?
Z Piekarami – inaczej. To, że tak duża część miasta nie ma, niestety, swoich instytucji kultury, stało się dobrą okazją do oddania głosu jej mieszkańcom reprezentowanym w teatrze cieni przez zawodowców (ale też doskonale poprowadzony na scenie monolog Gabrieli Fabian) oraz ustąpienia sceny amatorom. Ci wzięli role z Made in Poland i Mamatango, choć ze znakomitych Dziadów wystawianych na Piekarach ślad nie pozostał. Trochę mała jak na pierzchliwą Zosię dziewczynka zagrała pięknie, ale już YMCA (panie Grzegorzu Ż.– YMCA !) nie obronił ani pióropusz, ani kask – jak w klipie Village People.
Wydaje się, że w tej części, choć ciekawej, teatr szukał głównie satysfakcji w oparciu o wyniki ankiety wykazujące potrzebę powrotu na Piekary.
Najgorzej z trzecią odsłoną (Fabryczna). Dla niej pretekstem miał być koncert Porter Band-u, na który poszedłem wówczas z kolegami. Strasznie narzekaliśmy na nagłośnienie, bo chyba było wynajęte od WDK i wzmacniacze na scenie bzyczały niemożliwie – zwłaszcza w przejmującym Fixin.
Podejrzewam, że ten ktoś śmiejący się teraz głośno na widowni Modrzejewskiej podczas projekcji filmu przypominającego tamten koncert miał zarażać wesołością jak śmiech z offu w telenowelach. No, nie dało rady. Pokazany obraz (zabezpieczany przez haiku: Wróblu, oszczędź gza igrającego wśród kwiatów!) – był okropny. Ni to paradokument, ni pastisz, ni autoparaparodia, ni kryptoparapastisz. Nie inaczej! Etatowy recenzent teatru napisał o tworzywie obrazu: strzępy, zlepki i ścinki. Sama prawda – część autentyki, część dogrywana z amatorami, ale efekt długi, zagmatwany, bez formy i odrobiny lekkości. I wbrew etatowemu recenzentowi – nic w nim nie było ani zgrabne, ani zabawne. Zgryźliwie całkiem, choć ogólnie pisał Karol Irzykowski jeszcze w 1929 roku: Dzieło sztuki oddycha jednak powierzchnią. Tu spotyka się z odbiorcą. Cały kryzys polega na tym, że dzieła, stając się powierzchnią, utraciły głębię.
Gorzej, gdy żadnej głębi w ogóle nie miało, bo nie mogło.
Cóż. Narzekam, choć trzygodzinny pobyt w teatrze (sic!) – zafundował przecież minister kultury, o którym dyrektor Głomb wspomniał i podziękował za grant finansujący projekt Teatr, którego Sceną jest Miasto.
Taka to krotochwila.

(ak)

Udostępnij
Poprzedni artykułSeed Holden w Wołowie
Następny artykułWiedeń nie cesarski

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię