Dryf

0
366

Tytuły napisanych już tekstów o Chlebie i soli – najnowszej propozycji legnickiego THM pokazują pewien widoczny i chyba ominięty w tej premierze kłopot. Nieoceniony @kt przypomina o przesądzie z rozsypaną solą (żeby się tylko nie pożreć!), w innym portalu czytamy o porozumieniu ponad podziałami i uprzedzeniami – znaczy, że podziały istnieją, są, a spektakl usiłuje je ominąć, przeskoczyć, wybudować – choćby artystyczny – most między Polakami i Ukraińcami.

Epizody, które przedstawiono, różne co do czasu trwania, materii i związanej z tym wymowy faktów (to verbatim) nie odkrywają niczego, czego byśmy dotąd o nas i naszym sąsiedztwie nie wiedzieli. Sprawa wygląda jednak tak, że brak tu pewnego balansu, symetrii. Spodziewałem się, chyba zasadnie, jakiegoś zrównoważenia, ilościowego przynajmniej – głosów z obu stron. W pokazanych historyjkach spoglądamy oczyma Ukraińców na Polaków w Polsce – czasem biją i wywlekają Banderę i Wołyń, ale też czasem troszczą się i pomagają. Oczyma Ukraińców na Ukraińców na granicy ukraińsko-polskiej (pogranicznik wyraźnie szuka własnego zysku, ot – celnik!). Zapewne trudno byłoby tego zażądać, aby realizatorzy z teatru w Iwano-Frankiwsku zrealizowali opowieść na temat Polaków w Ukrainie.

Z powodu…

…formuły verbatim – to po pierwsze, i po drugie – wiadomo – kooperacja to niekoniecznie spełnianie zachcianek na zamówienie.
Z pewnością więc niewiele nowego dowiedzieliśmy się od Ukraińców o nas, o Polakach; temat bolesnej kwestii rzezi wołyńskiej tabuizowanej w epizodzie z taksówkarzem (Mateusz Krzyk) dałby się może spuentować myślą, że jedne okropieństwa wojny (historyczne i cudze), wypierają inne – (aktualne i moje). Moja trauma jest większa niż twoja. Ale i to też nic nowego.

Streszczanie tych opowieści mija się z celem, choćby z tego powodu, że prawdziwych historyjek o naszym sąsiedztwie można przywołać więcej. I więcej, i jeszcze.
Dlatego najważniejszą rolę w tej propozycji THM wydaje się spełniać kompozycja epizodów.
Ich układ. Ważne jest, jaką kolejność nadano opowieściom. I w jaką ramę oprawiono całość.
Rama – głos otwierający i zamykający Chleb i sól przy czarnym ekranie jest znaczącym początkiem i końcem.

Zawsze…

…są to krytyczne momenty każdego utworu, które ostatecznie modelują odbiór całości. I jakkolwiek początek (trudne, niemożliwe, złożone) można i należy odebrać poważnie, gdy słyszymy o niemożliwości wykonania jakiejś zrównoważonej wypowiedzi o Polakach i Ukraińcach, to finał jest bardzo zastanawiający.
Verbatimowy? Wierny prawdzie świata, w którym napastliwie i po chamsku motłoch odrzuca istniejące dotąd zasady? W starych tekstach nieżyczliwemu odbiorcy czy krytykowi proponowano: Zróbże lepiej, skoro potrafisz! Tu odbiorca dostaje komunikat, że zupełnie nie dba się o jego odczucia, wrażenia i opinię na temat pokazanego.
Można prościej i dosadnie: wątpiący zostaje wepchnięty w kloakę. Chyba, że mu się spodobało.
Rafał Cieluch jako reżyser Chleba i soli – pandemicznej premiery, która ma utrzymać widownię przy scenie, zamyka ją (wykropkowanym wprawdzie) bluzgiem znanym z ulicy. Trudno podejrzewać, że reżyser działa na szkodę firmy.

Wolno…

…natomiast, że, niestety, uznano, jak w E-migrancie – że ten prostacki chwyt zdolny będzie oczarować widownię.
Co do kompozycji Chleba i soli – przypomina dramaturgię wiadomości telewizyjnych. Zauważono, że Dziennik telewizyjny, jeszcze w prlu, pewnie wzorowany jak wszystko – na zachodnich – nie jest neutralny, obiektywny. Jeśli nawet fakty były faktami, musiały trafić na właściwą pozycję w układzie serwisu. W ten sposób uzyskiwano wpływ na obraz świata i co za tym idzie nastroje widowni.
Przykład jest prosty – relaksowanie odbiorcy w końcówce przekazu (tuż przed sportem i pogodą), gdzie umieszczano jakieś urocze misie, zaskakujące i pogodne informacje o niefortunnym turyście albo o nieoczekiwanym fenomenie natury. To, w opiniach medioznawców , po nierzadko dramatycznych wydarzeniach ze świata, godziło odbiorcę z tym światem, odprężało i pozwalało uwierzyć w istnienie jakiegoś ładu i że można odejść od ekranu w przeświadczeniu, że jest OK.

Chleb i sól zaczyna się od relacji ofiar incydentu (jest źle!): pobici Ukraińcy opowiadają, jak doszło do przemocy. Jest coraz gorzej (złudzenia tancerki) aż do śmierci kogoś, kto podjął podróż za chlebem z wiarą i nadziejami, ale nie potrafił uznać swojej niezdolności do znalezienia się w nowej sytuacji i porażki. Są i tacy, którzy zacisnęli zęby (Rafał Cieluch, tym razem jako aktor) albo postawili nowej dla siebie rzeczywistości warunki (Krzyk).
I w końcu finał z łódką, która płynie po plakacie Chlebem i solą.
Ładne zamknięcie całości (jest dobrze!).
Taka nawigacja: przez burze (przemoc, rozczarowania i śmierć) ku spokojnym toniom (żeglowanie po Zatoce Dżaryłgackiej) to ładna propozycja, ale gdyby odwrócić kolejność opowieści (a każda prawdziwa), odbiorca odchodziłby od ekranu w całkiem innym nastroju.
Czy ukraińsko-polskie stosunki pokazane w Chlebie i soli to synteza naszego sąsiedztwa? Czy to raczej projekt i wyraz nadziei, że ułoży ono się w przyjemną nawigację po spokojnych wodach? Czy da się uwierzyć w taką wizję? Co zostało pokazane w Chlebie i soli?

Od strony…

…warsztatowej – jak zwykle: porządne aktorstwo, zręczny miękki montaż epizodów Taksówkarz i Łódka, gra na styku prawda-iluzja w scenie zmywania makijażu, kontrastowy splot epizodów Przesłuchanie i Losowanie. I jeszcze Joanna Gonschorek w zubożonej wersji Nemezis – rozdającej to, co należne. To na plus.
Podobnie jak we współpracy z Gruzinami mamy tu technikę salcesonu: zrzynki skrawki i strzępy, które nie dają, bo dać nie mogą spójnej całości. Ani to komiks, ani mozaika i nawet jeśli ta koprodukcja nie musiała poddać się założeniom manifestu teatru opowieści wyrażonym w THM, to scalić te epizody jest nadzwyczaj trudno. Stąd zapewne ta mroczna rama zabezpieczająca Chleb i sól z alternatywą: Podoba się albo wyp…. .
I to jest słabe.

Co do idei, to Chleb i sól ma wspólny mianownik z E-migrantem: dryfować jest przyjemnie, mówił bohater tamtej produkcji.
W tytule tekstu z 10 października anonsując P.T. Czytelnikom Piastowskiej pojawienie się w atmosferze kulturalnej Legnicy Chleba i soli zadałem pytanie Dryf czy kurs?. Rozróżniałem dwa możliwe rezultaty tej propozycji: dryf miałby oznacza artystyczne chybienie, kurs – trafienie. Premiera niedawna, po której trudno wyczytać entuzjazm etatowych niemal recenzentów THM, pokazała, że Chleb i sól to raczej dryf. Przytoczę moje zakończenie tamtego tekstu z października:
W materiale prasowym THM polski fok i ukraiński grot pcha jedną łódź. Ufajmy, że kurs jest właściwy. Nie powiem, że wyszło na moje, bo niczego wówczas nie zakładałem, co można sprawdzić, czytając po prostu z uwagą (a jeśli zdołałeś wyczytać z niego kpinę, obwinianie i podważanie czegokolwiek, co próbujesz mi przyfastrygować, to udowodnij, zamiast insynuować – przyp. aut.), ale oczekiwałem więcej.
Teraz wszystko jest już jasne: kurs może i ustalono, ale sternik przysnął i łódź płynie samochcąc. Artystycznie uszlachetniane prawdy (reżyser Rafał Cieluch) okazały się nieco tendencyjnie obrabianymi banałami, a opakowanie jest omal ordynarne.

Szkoda.

Adam Kowalczyk

Udostępnij
Poprzedni artykuł Bez refundowanej terapii
Następny artykułTradycyjnie…

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię