Dmuchanie w popiół czyli mit o micie

1
231

Podtrzymywanie i niesienie ognia rewolucji to szczytne dzieło. Mimo lat od oktiabrskoj salwy dzieci rewolucji w koszulkach w paski wciąż prą naprzód, niosąc z dumą sztandar i pieśń, i podpierają ten murszejący świat.
Oto na jubileusz, czy – stosowniej: jubel – podnosi się zasługę THM, że Ballada o Zakaczawiu otwierała oczy, wyważała bramy i burzyła mury, a Łodzie, Warszawy i inne metropolie zobaczały swoje Zakaczawia w idących w odstawkę Bałutach itepe.
I to jest iście rewolucyjne, zaiste – postawienie sprawy!

Wydawać by się przecież mogło, iż geny Ballady tkwiły już od dawna w tekstach Grzesiuka (i tych do czytania, i tych do śpiewania) i Nowakowskiego, i Tyrmanda, a przyjemniaczki z Łąkowej i Pstrowskiego miały swoje modele w figurach z Konwickiego albo Hłaski.
Innymi słowy – że było całkiem odwrotnie, niż się głosi. Rewolucyjnie odwrotnie. Dialektycznie!
Że Ballada sytuuje się na końcu długiego szeregu historii o miejskich peryferiach, a nie na ich początku. Niczego nie otworzyła, lecz zamknęła. Nie zaczynała, ale kończyła.
Kończyła, bo w dobie kroczących przez miasta deweloperów i zagarniania pod ich budowy coraz to jakichś zapomnianych i porzuconych przez magistraty ulic, kwartałów i dzielnic takiego Zakaczawia już nie uświadczysz. Jak w Chłopcach z Placu Broni. Całkiem.
Ostatecznie o wrocławskim Trójkącie Bermudzkim słyszano, zanim jeszcze Jacek Głomb do Legnicy zawitał, dyrektorem został, scenę Modrzejewskiej założył i Balladę o Zakaczawiu wyreżyserował.
Nie chce mi się dmuchać w popioły, bo żaru pod nimi dawno nie ma, więc tylko zauważę, że sama nazwa Zakaczawie, jaka istnieje obecnie w obiegu w związku z ulicami między rzeką, torowiskiem i cmentarzem – jest jak i Mała Moskwa – tak samo słabo istniejąca wówczas, gdy pełno było tu Rosjan i nazwa Zakaczawie za Benka. To znaczy – Gienka; nota😊 Benek – są tacy publicyści w Legnicy, którzy Benka za autentyczną postać poczytują, co pozwalałoby już nie o micie, a wręcz – mistyfikacji mówić.
Ta romantyczna Arkadia zaś, którą opiewało się jako Zakaczawie, była dzielnicą nie tylko honornego półświatka, lecz także kolejarzy i przymusowo osiedlanych Cyganów (znaczy – Romów).
Gdy więc wznosi się toast Za Zakaczawie! w finale filmowej wersji Ballady, to taka ekstrapolacja dla kogoś, kto, jak ja, przeżywał Ucieczkę King-Konga (nie Winnetou) w kinie Kolejarz – jest zupełnie nie do przyjęcia.
Czy Ballada modę w teatrze zapoczątkowała, czy aż rewolucję – to jest pytanie.
Cóż bo pozostało po tym wystrzale z Aurory? Echa i rozwiewający się dym? Nie! – Posłuchajmy i zważmy u siebie: sama inscenizacja w Kolejarzu czy choćby tylko jej telewizyjna wersja porównywana jest z Dziadami Dejmka. Kazimierz Dejmek eo więc ipso staje do pary z Jackiem Głombem!
Sława!
A tak serio, to po Balladzie zostały się pewnie plakaty gdzieś po zakamarkach teatru pouwieszane i wspomnienia twórców, bo dzielnica sama marnieje coraz bardziej i fama ogólnopolska nic jej ani mieszkańcom nie pomogła. Ale nie po to przecież teatr się robi, aby ratować dzielnice. Zniknęło zatem i kino Kolejarz, i z nim siedziba Związku Zawodowego Kolejarzy, i kolejarskie przedszkole, i kolejowa szkoła, i mleczarnia, i po stołówce wielebnego Gacka (choć to już zupełnie inne niż Benka/Gienka czasy), gdzie pierwej wódkę nalewali w knajpie po schodkach w narożnej kamienicy – dawno śladu nie ma jak i po kamienicy samej, i fantastycznie gotycyzujący późny modernizm z fatalnie topornym portalem – jak opisał ktoś fasadę przy Daszyńskiego – też niebawem zniknie.
Nieodwołalnie też obumrze, jak sądzić wolno – ten rocznicowo podsycany mit o Balladzie.
Mit o micie.
I przeżywany właśnie jubeleusz nie powstrzyma tego zniknięcia. I nawet wizyty aktorów. Albo te soczyste wspominki z dawnych lat, że ludzie prosili się, żeby wejść, że z widowni w Kolejarzu dały się słyszeć różne komentarze i dzwonienie butelek, a herszt dzielni dał ekipie Modrzejewskiej list żelazny, żeby spokojnie robiła swoje – to tylko jakieś paprochy.
Jak na mityczną legendę (albo legendarny mit – takie łamańce są częste w informacjach o spektaklach THM) fota w pustce po Kolejarzu uwieczniła niewielką liczbę ludzi, wśród których skąpo jakoś ziomów z Zakaczawia, większość natomiast – tych zza rzeki.
Kiedy więc pod parafrazą tekstu JFK z Berlina wygłoszoną przez Dyrektora Głomba na Łąkowej stają do zdjęcia i Przewodniczący Rady Miasta Legnicy, i emerytowana rusycystka – i wszyscy chcą być z Zakaczawia, to trochę tak, jakby siostry Kopciuszka trzewik usiłowały przymierzyć.

Adam Kowalczyk

1 Komentarz

  1. Jest wiele zgodnosci w tej ze materii, potwierdzam. Sam urodzilem sie i spedzilem szczeniece oraz dorosle lata tam , na Zakaczawiu , gdzies u zbiegu ulic Kazimierza Wielkiego, Kwiatowej i Pstrowskiego. Historie romantyzmu Gienka Cygana maja sie jak filcowa walonka do skorzanego , zakopianskiego kapcia , wiele sprzecznosci , a skoro juz mowa o śp. Gienku to znalem go bardzo dobrze, poniewaz byl przez jakis tam okres moim pracownikiem i „zaufanym ” do rozwiazywania spraw trudnych. Swietny artykul i doskonala analiza zaszlosci . Gratuluje i pozdrawiam.

Zostaw komentarz

Proszę wpisz swój komentarz
Proszę wpisz swoje imię